wtorek, 22 kwietnia 2014
NOWY BLOG
Serdecznie zapraszamy na stronę: http://pocalunekkultury.blogspot.com/, gdzie znajdziecie mnóstwo ciekawych artykułów o kulturze!
niedziela, 26 maja 2013
Stoker
Jak być może dało się
już zauważyć, filmowa forma jest dla mnie kwestią niezwykle istotną, niekiedy
pozwalającą przymknąć oko na pozostawiającą sporo do życzenia treść.
W pewnym stopniu tę
opozycję między formą a treścią mogę odnieść do goszczącego obecnie na ekranach
polskich kin Stokera w reżyserii Park Chan-Wooka.
Muszę przyznać, że
dawno w żadnym filmie nie widziałam tak perfekcyjnego, niebywałego wręcz
zgrania wszystkich komponentów wspomnianej formy.
Zdjęcia i scenografia są
przepiękne, ścieżka dźwiękowa (i nie mówię tylko o muzyce, ale i o dźwiękach
jako takich) sprawia wrażenie, jakby stworzono ją według jakiejś niezawodnej, gwarantującej
sukces receptury, sama opowieść została zaś zmontowana w taki sposób, że
nieustannie wychodzą na jaw ukryte znaczenia, nadające całości coraz to nowy
sens. Film ma kompozycję klamrową, przy czym w finale scena, którą oglądaliśmy
na samym początku ma już zupełnie inny wydźwięk, co stanowi najlepszy przykład
zabiegu zastosowanego przez reżysera.
W hipnotyzującej, baśniowej scenerii Stokera znakomicie odnaleźli się odtwórcy głównych ról, czyli Mia Wasikowska i Matthew Goode.
Postać grana przez
Wasikowską kojarzyła mi się nieco z Wednesday Addams – staroświecki ubiór, długie
ciemne włosy otaczające bladą, nieruchomą twarz i niesamowite, mroczne
spojrzenie, na którym skoncentrowało się oko kamery (charakterystyczną cechą
jest tu filmowanie bohaterki od góry). Tak wyrazista gra oczu zwróciła moją
uwagę, jako że jest elementem typowym raczej dla dawnego kina; współczesne
zdaje się – niesłusznie! – o niej zapominać.
Zestawienie tego typu
dziewczyny z bohaterem Goode’a – eleganckim i czarującym mężczyzną o pozornie
niewinnym, ale dziwnie niepokojącym uśmiechu okazało się, dość niespodziewanie,
strzałem w dziesiątkę; chemia między nimi była wręcz namacalna.
Idealnym uzupełnieniem
osobliwego trójkąta stała się zaś Nicole Kidman, coraz bardziej przypominająca
figurę woskową, co jednak w tym akurat filmie zupełnie nie przeszkadzało, a
wręcz przeciwnie – doskonale wpasowało się w jego poetykę.
Cała ta wewnętrzna
harmonia sprawiła, że film obejrzałam jednym tchem, z zaciekawieniem oczekując
na to, co będzie dalej.
Po seansie pozostałam
jednak z dziwnym uczuciem, jakbym uczestniczyła w jakimś oszustwie, iluzji. W
gruncie rzeczy bowiem intryga sama w sobie okazała się nie być niczym
szczególnym czy odkrywczym, poszukiwacze „filmowej głębi” mogą więc poczuć
się rozczarowani. Oczywiście, jest kilka wątków, które próbują taką głębię pozorować. Stopniowe odkrywanie samej siebie przez bohaterkę, równoległe z poznawaniem prawdy o swojej rodzinie, czy też relacje dziewczyny z matką - potencjał tych tematów nie został jednak w pełni wykorzystany; pełnią one raczej podrzędną rolę wobec efektownej powłoki.
Ja mimo wszystko jednak doceniam
talent Wooka do nabrania (a może ładniej – zaczarowania) widza.
Jego najnowsze dzieło
jest dowodem na to, że czasem nie tyle sama historia jest ważna, ile to jak się ją
opowie.
poniedziałek, 13 maja 2013
Dla amatorów kina grozy. Odcinek 3 - gore, horror azjatycki.
Gore movies
Kolejny, po slasherze, niespecjalnie lubiany (a może niewystarczająco
poznany) przeze mnie podgatunek , w ramach którego mogę wspomnieć tylko o
jednym filmie, wymienionym już na blogu Cat In the well.
Chodzi o azjatycki Men
Behind The Sun, którego groza wynika przede wszystkim z tego, że oparty został na faktach
historycznych. Obraz ten opowiada o losach
jeńców II wojny światowej, trafiających do tytułowej (oryginalny tytuł filmu
to Hei tai yang 731) japońskiej
Jednostki 731, zwanej też Laboratorium Diabła. Istniejąca oficjalnie jako Naczelne Biuro Zapobiegania Epidemiom i Departament Oczyszczania Wody
Armii Kwantuńskiej, służyła w rzeczywistości pracom nad stworzeniem broni
biologicznej i chemicznej, oraz przeprowadzaniu eksperymentów
paramedycznych. Badań prowadzonych w
tych celach dokonywano na jeńcach wojennych sprowadzanych przez tzw. Wydział Dostarczania Materiału
Ludzkiego.
Men Behind The Sun nie jest
zatem typowym przedstawicielem gore, ogląda się go raczej jak potworny dokument,
obrazujący szczegółowo, w jaki sposób eksperymentowano na ludziach, mających
nieszczęście trafić do Laboratorium Diabła. Chropowaty realizm filmu, a także dosłowność niektórych scen,
połączona ze świadomością uczestniczenia w wydarzeniach, które rozegrały się
naprawdę, daje wstrząsający efekt. Jeżeli komuś nerwy nie pozwalają na
oglądanie filmów przedstawiających wojnę z europejskiej czy amerykańskiej
perspektywy, niech od azjatyckiej lepiej trzyma się z daleka. Po raz kolejny
przekonałam się, że w porównaniu z azjatycką „fantazją” nie mamy żadnych szans.
Inne*: Rob Zombie
- Dom tysiąca trupów; Narciso Ibáñez-Serrador – Czy zabiłbyś dziecko?; Lucio Fulci (zwany „ojcem chrzestnym gore”) – Hotel siedmiu bram,
Dom przy cmentarzu, Zombi 2, Miasto żywych trupów; David Cronenberg – Dreszcze, Potomstwo; William Lustig – Maniak („kwintesencja gore”); John McNaughton – Henry: portret
seryjnego mordercy; Joe D’Amato – Mroczny instynkt; Lamberto Bava – Demony; Jorg Buttgereit -
Król śmierci,
Schramm; Hisayasu Sato – Naga krew; Alexandre Bustillo i Julien Maury – Najście; Raoul W. Heimrich i Yvonne Wunschel – Samobójstwo; Andrea Bianchi – Cmentarz; Don Coscarelli – Fantazm; Ngai Kai Lam – Historia Ricky’ego; Jose Mojica
Marins – O północy porwę twą duszę; Herman Yau – Syndrom Eboli
*powyższe tytuły zaczerpnęłam z książki Piotra Sawickiego Odrażające, brudne, złe, w której
opisuje on sto wybranych przez siebie pozycji, najlepiej jego zdaniem
reprezentujących kino gore, i dające jego różnorodny obraz. Ja spośród owych
stu tytułów wybrałam te, które z jakichś powodów mnie zaintrygowały oraz
oczywiście te mniej znane (zakładam, że o Martwym
złu Raimiego czy trylogii Romero większość słyszała). Pominęłam również te,
o których wzmianka znajduje się w źródle mej inspiracji, czyli artykule na Cat
In The Well. Lista Sawickiego zawiera rozmaite gałęzie kina gore, m.in. zombie
movies, torture porn czy snuff movies,
które na Cat In The Well wymieniono jako odrębne podgatunki.
Zainteresowanych odsyłam do książki Sawickiego, który
naprawdę interesująco prezentuje wyselekcjonowane przez siebie filmy. Bardziej
leniwym polecam zaś arcyciekawy wywiad z autorem: http://film.org.pl/a/artykul/krwawa-fala-zalewa-kino-10895/
Asian horror
Aby nie pokonywać zbyt dużych odległości geograficznych,
pozostańmy w Azji.
![]() |
| Kwaidan |
Jak już nieraz pisałam, kino azjatyckie kojarzy mi się w pierwszej kolejności z fascynującą odmiennością i niezwykłym, a dla widza z zachodniego kręgu kulturowego często niezrozumiałym czy dziwacznym podejściem do realizowanego tematu. Cechy te zdają się predestynować Azjatów do tworzenia filmów grozy, a także tłumaczą popularność, jaką cieszą się one również na innych kontynentach (przy okazji, tłumaczą też skłonność do tworzenia amerykańskich remaków azjatyckich produkcji).
Kwintesencją azjatyckiego kina grozy, opierającego się na tamtejszych legendach i podaniach, jest Kwaidan, czyli opowieści niesamowite Masakiego Kobayashiego. Film składa się z czterech odrębnych historii o duchach, których literackim pierwowzorem są opowiadania Lafcadio Hearna, podejmujące temat japońskich wierzeń, obyczajów i folkloru.
![]() |
| Kwaidan |
Dzieło Kobayashiego
olśniewa wspaniałą stroną wizualną, której poszczególne elementy – zdjęcia,
scenografia i kostiumy – świadczą o nieopisanej wręcz wyobraźni twórców,
zwłaszcza w Opowieści Drugiej i Trzeciej.
Ogromne wrażenie robi kolorystyka filmu; niewiele jak dotąd widziałam obrazów, w których operowano by kolorami w tak zachwycający sposób (pod tym względem z Kwaidan konkurować mogą filmy Dario Argento, z tym że u Kobayashiego wygląda to poetycko, a nie perwersyjnie).
Specyficzna, raczej oszczędna muzyka stanowi natomiast doskonałe tło dla snutych na ekranie, barwnych historii.Ogromne wrażenie robi kolorystyka filmu; niewiele jak dotąd widziałam obrazów, w których operowano by kolorami w tak zachwycający sposób (pod tym względem z Kwaidan konkurować mogą filmy Dario Argento, z tym że u Kobayashiego wygląda to poetycko, a nie perwersyjnie).
Nie należą one może do szczególnie nieprzewidywalnych i bogatych w nieoczekiwane zwroty akcji, ale niektóre pomysły i rozwiązania mogą zaskoczyć (za przykład niech posłuży chociażby próba ochrony Hoichiego przed duchem w Opowieści Trzeciej, i jej nieoczekiwane skutki). Narracja prowadzona jest w powolnym tempie, które może znużyć współczesnego widza, przyzwyczajonego do gwałtownego montażu i wartko toczącej się akcji, niemniej jednak obrany przez twórców styl snucia opowieści znakomicie współgra z oprawą wizualną, podkreśla ją i tworzy z nią spójną całość.
Istotę i charakter Kwaidan najpełniej oddaje druga część
polskiego tytułu; opowieści niesamowite – oto, czym naprawdę jest film
Kobayashiego.
Inne:* Kobieta-diabeł,
Czarny kot - Kaneto Shindo; Joyû-rei, Chaos - Hideo Nakata; Puls, Seans - Kiyoshi Kurosawa; Gidam
– bracia Jeong; Forbidden door - Joko
Anwar; Jigoku - Nobuo
Nakagawa; Oko - Danny Pang,
Oxide Pang Chun; Opowieść o dwóch
siostrach – Jee-woon Kim (film ten wymieniono na Cat In The Well, ale że
naczytałam i nasłuchałam się o nim wiele dobrego, to umieszczam też u siebie)
*żeby nie było wątpliwości, pominęłam tu kilka godnych uwagi
filmów nie będących stricte horrorami, ale stanowiących interesującą mieszaninę
różnych gatunków, jak np. Chińskie duchy,
Battle Royale, Gozu czy Visitor Q.
środa, 10 kwietnia 2013
Spring Breakers
W ramach oddechu od kina grozy (przynajmniej sensu stricto :)), relacja na gorąco z gorącego kinowego hitu ostatnich dni.
![]() |
| Faceci narzekać nie powinni :) |
Spring Breakers to najnowsze dzieło Harmony’ego Korine, nominowane do Złotego Lwa na ubiegłorocznym festiwalu w Wenecji, zbierające entuzjastyczne opinie w każdym możliwym medium, o które się otarłam, począwszy od magazynu Film (poziom mojego zaufania – niski), poprzez nieco bardziej zaufane magazyny internetowe, aż po wpisy na blogach, które śledzę i którym ufam w zdecydowanie największym stopniu.
Starałam się jak mogłam, by nie wgłębiać się w te pieśni pochwalne, ale nie zdołałam całkowicie uchronić się przed krzyczącymi nagłówkami czy zajawkami tekstów wyskakującymi znienacka na Facebooku.
Mimo tej wszechobecnej histerii udało mi się – na ile było to możliwe w tych warunkach – nie przeczytać niczyjej opinii na temat filmu, po to by zachować w miarę jasny i świeży pogląd na obiekt owych atakujących mnie zewsząd zachwytów. Nie mogłam jednak przestać zastanawiać się nad ich przyczyną; czy będzie to kolejne niewytłumaczalne zjawisko pokroju wrzawy wokół Nietykalnych?* A może jednak tym razem coś jest na rzeczy?
*naprawdę, nie dostrzegłam w tym filmie nic na tyle niezwykłego, dość przyjemny, ale w gruncie rzeczy przeciętny
Przyznam, że moje dotychczasowe zetknięcie z Harmonym Korine było jednorazowe i nie wspominam go najlepiej. Chodzi o film Dzieciaki, który zaliczam do drażniącego mnie nurtu „silenia się na realizm” (zdaję sobie sprawę, że to pewnie krzywdząca i niesprawiedliwa opinia, ale nic nie mogę na to poradzić – tego typu kino, wbrew jego usilnym staraniom, pozostawia mnie zwykle znużoną i całkowicie obojętną).
Spring Breakers to jednak nieco inna bajka, bajka na miarę naszych czasów. Twór ten przypomina długi, całkiem ciekawie (acz może też trochę irytująco) zmontowany, kolorowy i halucynogenny teledysk, w którym grzeczne swego czasu gwiazdki Disneya starają się zerwać ze swoim cukierkowym wizerunkiem. Towarzyszy im James Franco, niedawny odtwórca roli ikony hipsterów, który jako gangster wiodący (nie takie znów) niewinne nastolatki w świat ciemnych interesów i rozpusty, wypada naprawdę znakomicie.
Spring Breakers w mojej ocenie to swego rodzaju test dla widza. Jak potraktuje on to, co widzi na ekranie? Jako przygłupią opowiastkę o wyuzdanych małolatach, przerost formy nad treścią? Jako obraz/ocenę/kpinę z rzeczywistości współczesnych nastolatków – którą coraz trudniej im oddzielić od tego, co oglądają na ekranie komputera czy telewizora? Jako narkotyczną wizję jednej z głównych bohaterek? A może - co już nieco mniej prawdopodobne - jako wyobrażenie innej, tej która jako pierwsza opuściła rozrywkowe towarzystwo?
Już sam fakt, że film skłonił mnie do postawienia tego rodzaju pytań, nadaje mu pewną wartość.
Nie wiem jeszcze, czy w pełni zasłużył na oklaski, których echo zdołało mnie dosięgnąć przed seansem; żeby to ocenić będę potrzebować trochę więcej czasu.
Z pewnością mogę jednak polecić wycieczkę do kina na ten najbardziej rozreklamowany film ostatnich tygodni, chociażby po to, by przekonać się, na które pytanie - albo pytania, jako że wiążą się one ze sobą - udzieli się odpowiedzi twierdzącej.
czwartek, 28 marca 2013
Dla amatorów kina grozy. Odcinek 2 - giallo, slasher.
Giallo
W poprzednim tekście, rozpoczynającym moją kilkuodcinkową opowieść o kinie grozy zaznaczyłam, że zamierzam skoncentrować się raczej na poszczególnych filmach niż opisach podgatunków.
Giallo będzie jednak wyjątkiem, gdyż fragment zamieszczony na Cat In The Well potrzebuje skromnego przynajmniej rozwinięcia i dorzucenia kilku niezbędnych informacji.
![]() |
| Ciemności |
Sama nazwa „giallo”, w języku polskim oznaczająca po prostu „żółty”, wzięła się od koloru okładek tanich i kiczowatych włoskich powieści kryminalnych oraz thrillerów publikowanych przez wydawnictwo Mondadori począwszy od roku 1929. Filmy nurtu były niczym innym jak ekranizacjami tych właśnie historii, a jego początki datowane są na pierwszą połowę lat 60.
Do głównych cech giallo zaliczyć należy:
- Stylistykę opartą na perwersyjnej makabrze, której towarzyszy emocjonalna psychoza
- Znaczącą rolę podświadomości, mającej duży wpływ na losy i działania bohaterów
- Pewną dawkę ironii i humoru, niekiedy na granicy parodii
Gatunkowo filmy giallo zbliżone były najczęściej do erotycznego kryminału, psychologicznego thrillera lub okultystycznego horroru, w zależności od tego, na jakie elementy - zbrodnię, seks czy też siły nadprzyrodzone – położono nacisk w największym stopniu.
Ostatnie głośne obrazy giallo powstały na początku lat 80., by potem ustąpić miejsca innym gatunkom; pozostawiły jednak po sobie ślad po dzień dzisiejszy, stanowiąc inspirację dla takich reżyserów jak Tim Burton, Takashi Miike czy – jakżeby inaczej – Quentin Tarantino, a także przyczyniając się do powstania nieco bardziej współczesnego (wywodzącego się z początku lat 70-tych) podgatunku horroru – slashera.
Czołowymi twórcami giallo byli Dario Argento, Lucio Fulci, Umberto Lenzi, Sergio Martino i oczywiście Mario Bava, który filmem Dziewczyna, która wiedziała za dużo zapoczątkował żółtą falę i stał się pionierem całego nurtu.
Ja w swoim tekście skupię się jednak na postaci Dario Argento, z którego filmografią udało mi się zapoznać najlepiej (co nie znaczy, że nie pozostało kilka pozycji do nadrobienia).
Zacznę od swojego ulubionego filmu, czyli Suspirii, będącej niewątpliwie jednym z najbardziej znanych dzieł giallo. Czerpiąc inspirację z narkotykowych wizji osiemnastowiecznego pisarza Thomasa de Quincey’a (nie mówiąc już o twórczości Bavy - przede wszystkim filmu Sześć kobiet dla mordercy), Argento stworzył niezwykle nastrojową opowieść o młodej Amerykance przybywającej do Wiednia, by podjąć naukę w starej akademii tańca, w której od samego początku dzieją się dziwne, tajemnicze rzeczy.
![]() |
| Niech kadry mówią same za siebie: Suspiria |
Lista zarzutów wobec Suspirii, z którymi jak dotąd się zetknęłam, jest długa i bardzo urozmaicona. Są tacy, których delikatne oczy razi kiepskie aktorstwo, innym przeszkadza mało wyrafinowana intryga, nie mówiąc już o skandalicznie kiepskim finale. Niektórzy idą zaś o krok dalej, nie widząc w filmach Argento „żadnego przekazu”, ani też „żadnej głębokiej myśli”.
Powyższe zdania piszę rzecz jasna ironicznie, bowiem to nie w tym ma tkwić istota obrazów (nieprzypadkowo używam tu tego słowa) Argento. W mojej ocenie dotyczy to w pierwszej kolejności Suspirii, gdyż to ona najpełniej oddaje to, za co cenię włoskiego twórcę.
![]() |
| Suspiria |
A cenię go za umiejętność perfekcyjnej gry na zmysłach widza, który zostaje wręcz wchłonięty przez to, co widzi na ekranie (swoją drogą, im większy ekran, tym większe ryzyko bycia wchłoniętym ;)). W Suspirii wzrok atakują szokująco intensywne, nasycone kolory (przede wszystkim oślepiająca, wszechogarniająca czerwień), fantazyjna scenografia (te wzory na ścianach!), surrealistyczne i makabrycznie piękne sceny morderstw, bezlitosne jazdy kamery (najbardziej widoczny wpływ Bavy) czy po prostu pieczołowita dbałość o każdy najdrobniejszy wizualny szczegół (na marginesie dodam, że moja ulubiona scena nie rozgrywa się jednak w barwnej scenerii akademii, i bierze w niej udział niewidomy oraz jego pies). Gwałtu na zmysłach dopełnia natomiast psychodeliczna, niepokojąca muzyka zespołu Goblin, bez której całość robiłaby nieporównywalnie mniejsze wrażenie.
![]() |
| Inferno |
Kto jednak da się uwieść Suspirii, powinien zerknąć w następnej kolejności na Inferno, pozostające w duchu pierwszej części trylogii. Mnie osobiście film nieco rozczarował, wydał mi się dosyć wtórny (ZBYT wtórny) wobec słynnej poprzedniczki, ale przyznam, że atmosfera w dalszym ciągu budowana jest umiejętnie, kolorystyka znowu zachwyca (z tej części lepiej zapamiętałam odcienie błękitu i fioletu), podobnie jak muzyka, może nie tak szokująca jak w Suspirii, ale stanowiąca odpowiednie tło dla całości.
Ostatnim z horrorów Pana Argento, który zarekomenduję, jest Phenomena. Różni się ona nieco od dwóch wcześniej wymienionych tytułów – przede wszystkim daje się zauważyć brak bijących po oczach kolorów – ale posiada swoje własne niewątpliwe walory. Według mnie (acz zdania w tej kwestii są, jak to często bywa, podzielone) największym z nich jest ciekawie użyta, wyjątkowo szarpiąca nerwy ścieżka dźwiękowa, stworzona po raz kolejny przez grupę Goblin, ale zawierająca także utwory Iron Maiden czy Motorhead, które to połączenie dało w moim odczuciu naprawdę niebanalny efekt.
Nastrój wykreowany przez reżysera tradycyjnie już mnie urzekł, a do tego doszły pewne nieoczekiwane rozwiązania scenariuszowe, których oczywiście nie zdradzę, a dla których warto sięgnąć po ten tytuł. Dodatkową atrakcję może także stanowić udział w tej produkcji młodziutkiej, zaledwie 15-letniej Jennifer Connelly.
Jeżeli jednak horrory autorstwa Dario Argento nie przypadną wam do gustu, można dać szansę jego thrillerom i kryminałom, w których – podobnie jak u Bavy – widać wyraźne inspiracje twórczością Hitchcocka.
![]() |
| Głęboka czerwień |
Za najbardziej udany z nich uważam (i nie jestem w tej opinii osamotniona) Głęboką czerwień. Otrzymujemy w niej najbardziej charakterystyczne i najlepiej wychodzące reżyserowi elementy, czyli ociekające makabrą sceny zabójstw, drapieżną kolorystykę i rewelacyjny soundtrack made by – nie inaczej – zespół Goblin. Tym razem dodać do tego należy również zgrabną, wiarygodną i mocno momentami trzymającą w napięciu intrygę, a także całkiem niezłe aktorstwo (w roli głównej znany z Powiększenia David Hemmings).
Podobnie rzecz ma się w przypadku kolejnego bardzo dobrego thrillera Włocha, czyli Ciemności. Jedyną rzeczą przemawiającą według mnie na niekorzyść tego filmu jest nieco słabszy, mniej wwiercający się w mózg soundtrack; możliwe jednak, że jest on po prostu zbyt dyskretny (jeżeli mogę użyć tego słowa w przypadku twórczości Argento ;)) jak na moje spragnione psychodeli ucho.
Na koniec wspomnieć muszę o tzw. Trylogii zwierzęcej, złożonej z Ptaka o kryształowym upierzeniu, Kota o dziewięciu ogonach i Czterech much na szarym aksamicie. Podobnie jak miało to miejsce z Trylogią matek, Trylogię zwierzęcą najlepiej zacząć od części pierwszej (będącej jednocześnie debiutem reżysera) i najlepszej, czyli Ptaka o kryształowym upierzeniu, i ewentualnie w dalszej kolejności sięgnąć po następne części.
Mnie osobiście Ptak nie oczarował, ale nie oznacza to, że zniechęcam do seansu; tak jak w dwóch wyżej wspomnianych thrillerach/kryminałach, do fabuły raczej nie można mieć większych zastrzeżeń, film może wciągnąć i trzymać w napięciu, a istotną zaletę stanowią ponadto zdjęcia świetnego operatora, Vittorio Storaro, znanego m.in. z Ostatniego tanga w Paryżu czy Czasu apokalipsy.
Podsumowując jednym zdaniem twórczość Dario Argento, horrory jego autorstwa poleciłabym osobom ceniącym niesamowitą atmosferę oraz intensywne, impresjonistyczne doznania wizualne, a przy tym potrafiącym przymknąć oko na niektóre dosyć naiwne czy niedorzeczne rozwiązania fabularne, thrillery zaś tym, którzy oczekują również nieco bardziej przekonującej, trzymającej w napięciu historii, w której znaczącą rolę odgrywa podświadomość.
![]() |
| Tak dla odmiany Suspiria |
Inne: Mario Bava - La ragazza che sapeva troppo, Sei donne per l'assassino, Reazione a catena; Umberto Lenzi - Il coltello di ghiaccio , Lucio Fulci - Una sull'altra , Il gatto nero, Una lucertola con la pelle di donna ; La morte ha fatto un uovo Giulio Questiego, Femina Ridens Piero Schivazappy , Il tuo vizio è una stanza chiusa e solo io ne ho la chiave Sergio Martino, Il dolce corpo di Deborah Romolo Gurerriego, Baba Yaga Corrado Fariny , La tarantola dal ventre nero Paolo Cavary, La casa dalle finestre che ridono Pupiego Avatiego, Opera Dario Argento
![]() |
| Nie mogę się powstrzymać by nie dorzucić na koniec Inferno |
Slasher movies
Ponieważ jest to jeden z mniej lubianych przez mnie podgatunków, rewolucyjnych odkryć w jego przypadku nie dokonam ;) Prawdę mówiąc, ograniczę się w tym przypadku do jednego tytułu, wymienionego zresztą przez Cat In The Well.
Tytułem tym jest Krzyk w reżyserii Wesa Cravena, który dzięki umiejętnej żonglerce cytatami z najsłynniejszych horrorów (głównie rzecz jasna slasherów) staje się filmem, który w równej mierze potrafi nastraszyć, jak i rozbawić. A trzeba przyznać, że inteligentne połączenie tych dwóch cech nie jest łatwe, nie tylko w omawianym podgatunku.
Niestety, kolejne części tetralogii są już o wiele słabsze i nie sprawiają takiej frajdy, jaką odczuwa się oglądając część pierwszą.
Chętnie jednak zapoznam się z ciekawymi tytułami tego podgatunku, więc jeżeli ktoś ma jakieś propozycje, zachęcam do wymienienia ich w komentarzach.
środa, 13 lutego 2013
Dla amatorów kina grozy. Odcinek 1 - horror niemy.
Jakiś czas temu natknęłam się na
artykuł poświęcony najpopularniejszym podgatunkom horroru, zamieszczony na
blogu Cat In The Well (link do artykułu:
http://catinthewell.pl/3434/najbardziej-popularne-podgatunki-kina-grozy/).
Jako że horror jest dla mnie jednym
z bardziej interesujących gatunków, pozostawiającym dużo miejsca dla wyobraźni,
postanowiłam przyjrzeć się bliżej wymienionym podgatunkom. Okazało się, że
opisy niektórych z nich nie zawierają wielu ciekawych tytułów, o których
należałoby wspomnieć (możliwe, że celem artykułu było nakreślenie ogólnego
zarysu poszczególnych podgatunków, a nie wdawanie się w głębsze szczegóły i
zarzucanie czytelnika lawiną filmów).
W każdym razie, wpis ten stał się punktem
wyjścia oraz bezpośrednią inspiracją dla poniższego tekstu, w którym zamierzam poświęcić
kilka (albo kilkanaście) zdań wybranym przez siebie tytułom należącym do
poszczególnych podgatunków. Niektóre z nich, jak cannibal movies, torture porn, nazi exploitation czy snuff movies, są dla mnie zupełnie obce
i prawdopodobnie nie będę w stanie godnie zaprezentować żadnego ich
przedstawiciela. W innych z kolei – jak gore
czy slasher movies – ograniczę się
do rzucenia okiem na filmy już wymienione na blogu Cat In The Well. Są też jednak
takie podgatunki – horror
psychologiczny, horror sci-fi, atmospheric horror, giallo czy horror azjatycki – w ramach których
zetknęłam się z nieco mniej opatrzonymi dziełami i mam nadzieję, że ich
przybliżenie zachęci kogoś do seansu.
Zdarzało mi się również oglądać filmy,
które niezwykle trudno przyporządkować jednemu konkretnemu podgatunkowi, więc
umieszczenie ich w takiej, a nie innej kategorii potraktować należy z
przymrużeniem oka.
Poza opisaniem poszczególnych
tytułów, w każdym z podgatunków zamieszczę także kategorię „Inne”, zawierającą w większości filmy, których sama jeszcze nie
widziałam, ale o których wiem wystarczająco wiele, by uznać je za warte
zainteresowania i polecenia.
Na koniec jedno słowo odnośnie
tytułu mojej epopei. Nieprzypadkowo
znalazło się w nim słowo „amator”;
ma ono bowiem dwojakie znaczenie: odnosi się do miłośnika danej dziedziny albo
do osoby zajmującej się czymś niezawodowo, hobbistycznie. Słowo „amator”
najlepiej zatem oddaje mój status – osoby lubiącej horrory i oglądającej ich
wystarczająco dużo, by móc zarekomendować coś interesującego i nie opisywanego
na każdym możliwym portalu filmowym , ale jednocześnie nie pretendującej do
miana wielkiego znawcy, który dla każdego podgatunku potrafiłby wymienić ze sto
godnych polecenia propozycji. Choć aż
takim pasjonatem kina grozy nie jestem, liczę na to, że moje zestawienie
podsunie innym amatorom gatunku kilka
ciekawych i, być może, nie każdemu znanych pomysłów.
Horror niemy
Mimo iż główną inspiracją dla tego
tekstu jest blog Cat In The Well, zacznę od kategorii stworzonej przez siebie,
czyli Horroru niemego. Co prawda, podgatunek
jako taki zapewne nie istnieje, ale nie wyobrażam sobie pisania o kinie grozy
bez sięgnięcia do jego początków.
Jedną z pierwszych produkcji,
zawierającą elementy charakterystyczne
dla gatunku, choć nie będącą stricte horrorem, był krótkometrażowy The Sealed Room Davida W. Griffitha,
znanego bardziej dzięki Narodzinom narodu
czy Nietolerancji, które z horrorem
niewiele mają wspólnego (są to raczej historyczne epopeje). Jednakże The Sealed Room, nawiązujący zresztą do Beczki Amontillado, czyli opowiadania mistrza
grozy, samego Edgara Allana Poe, ze względu na swoją makabryczną scenę końcową,
zasługuje na to, by zostać wymienionym wśród najwcześniejszych dzieł gatunku.
W kolejnych latach powstawały
dalsze produkcje, które można zaliczyć do niezwykle pojemnej kategorii niemego
filmu grozy, często zbliżające się do innych niż horror gatunków, takich jak
thriller czy kryminał (Ten, którego biją
po twarzy Victora Sjöströma, Wampiry, Fantomas oraz Judex
Louisa Feuillade) bądź fantasy (Zmęczona
śmierć Fritza Langa, Furman śmierci
Victora Sjöströma).
Pojawiali się również twórcy, o
których pamiętamy w pierwszej kolejności dzięki filmom grozy. Do
najważniejszych z nich należą: Robert Wiene (Gabinet Doktora Caligari, Ręce Orlaka, Genuine), F.W.
Murnau (Nosferatu – symfonia grozy,
Faust, Zamek Vogelod), Paul Wegener (Student
z Pragi, Golem), Paul Leni (Człowiek,
który się śmieje, Gabinet figur woskowych, Kot i kanarek, Ostrzegam!),
Benjamin Christensen (Czarownice, House of Horror), Tod
Browning (Demon cyrku, Londyn po północy),
słynący jednak raczej ze swych horrorów epoki dźwiękowej, czyli Draculi i Dziwolągów, czy wspominani już
wcześniej Victor Sjöström i Louis
Feuillade. Swoich sił w horrorze próbowali także uznani reżyserzy innych
gatunków, tacy jak Ernst Lubitsch (Oczy
mumii Ma) oraz Jakow Protazanow (Dama
pikowa).
Filmami, którym chcę przyjrzeć się
bliżej są natomiast Gabinet doktora
Caligari , Zmęczona śmierć i Furman śmierci.
![]() |
| Gabinet doktora Caligari |
Gabinet
doktora Caligari Roberta Wiene należy uznać za istotny z dwóch powodów. Przede
wszystkim, dzięki sukcesowi, jaki odniósł m.in. w USA i Francji, (które po
wydarzeniach I wojny światowej miały raczej niechętny stosunek wobec
niemieckich produkcji), umożliwił rozwój nurtu znanego dziś jako niemiecki ekspresjonizm (inni znaczący
twórcy nurtu to Paul Wegener, Fritz Lang i Friedrich Murnau). Sam film,
opierając w głównej mierze na inscenizacji i stylizacji, wygląda w
rzeczywistości jak ruchomy ekspresjonistyczny obraz, pozostając tym samym
sztandarowym i najbardziej znanym przykładem nurtu.
Po drugie, jest to jeden z
nielicznych widzianych przeze mnie filmów, w których tak ogromną rolę odgrywa
scenografia. Stworzyli ją malarze
związani z grupą „Der Sturm” , czyli Hermann
Warm, Walter Rohrig i Walter Reinmann, i to właśnie ona jest głównym
znakiem rozpoznawczym Gabinetu oraz elementem,
który mimo upływu już niemal stu lat, w dalszym ciągu zachwyca i zdumiewa nawet
współczesnych widzów, przyzwyczajonych przecież do coraz bardziej imponujących
efektów specjalnych i technicznych sztuczek.
![]() |
| Gabinet doktora Caligari |
Niezwykle mocne kontrasty,
zdeformowane oraz wyolbrzymione kształty, silnie ucharakteryzowani aktorzy poruszający się w specyficzny sposób, a
także praca kamery, pozostającej nieruchomą na środku sceny, gdzie pokazywane
były dekoracje – wszystko to tworzy niepowtarzalny obraz umysłu szaleńca,
będącego głównym bohaterem filmu.
Samą historię obłąkanego doktora
również można uznać za pionierską i inspirującą dla przyszłych pokoleń twórców
kina grozy, takich jak Tod Browning (Dracula,
Dziwolągi) czy James Whale (Frankenstein).
Na Gabinecie doktora Caligari ekspresjonizm niemiecki się jednak nie
kończy. Innym interesującym przedstawicielem nurtu jest wspominany wcześniej Fritz Lang i jego, nieco
może zapomniana, Zmęczona śmierć.
![]() |
| Zmęczona śmierć |
Film przedstawia historię młodej
dziewczyny, której narzeczony zostaje zabrany przez tajemniczego wędrowca,
niedawno przybyłego do miasteczka, do którego zawitała również para
zakochanych. Tym wędrowcem jest oczywiście Śmierć. Daje ona dziewczynie do
wykonania pewne zadanie, którego powodzenie ma zagwarantować powrót ukochanego
z zaświatów.
Lang prowadzi rozważania na temat nieuchronności
śmierci i tego, co dzieje się z tymi, po których wyciąga ona swą nieubłaganą
dłoń (czy może raczej kosę). Jest to temat od wieków frapujący artystów (a
właściwie całą ludzkość ;)), znajdujący swoje odbicie również w kinie
(najsłynniejszy chyba przykład to Siódma
pieczęć Ingmara Bergmana).
Mimo swego ponurego, mało ludzkiego
oblicza, Śmierć wykreowana przez Langa w mniejszym stopniu budzi strach, co
pewnego rodzaju współczucie. Ma ona postać melancholijnego, znużonego swym
zajęciem mężczyzny, który sam zdaje się mieć ochotę na odmianę losów
śmiertelników i , co za tym idzie, również siebie samego.
![]() |
| Bernhard Goetzke w Zmęczonej śmierci |
Co istotne, równie znaczącą rolę
jak śmierć rolę pełni w obrazie Langa miłość i związane z nią poświęcenie,
którego uosobieniem jest młoda narzeczona. Stanowi to nawiązanie do tradycji
niemieckiego romantyzmu, znanego nam chociażby z utworów Goethego .
Ekspresjonizm w Zmęczonej śmierci przejawia się
natomiast nieco inaczej niż miało to miejsce w Gabinecie doktora Caligari. Zamiast mocnej inscenizacji i
stylizacji otrzymujemy subtelną grę świateł i zapadające w pamięć obrazy dusz,
które opuściły ciała, czy białego konia biegnącego po niebie - pierwowzór
dzisiejszych efektów specjalnych, które – biorąc pod uwagę fakt, że film
powstał w 1921 roku – robią w dalszym ciągu duże wrażenie. Istotnym elementem
ekspresjonistycznym jest także krytyka kapitalizmu, który ucieleśniają chciwe i
przyziemne postacie burmistrza czy urzędnika, oraz umiejscowienie części akcji
na Dalekim Wschodzie, stanowiącym dla ekspresjonistów kolebkę ludzkości.
Mimo iż Zmęczoną śmierć należy traktować raczej jako rodzaj poetyckiej
przypowieści niż stricte kino grozy, to jednak ze względu na wymienione wyżej
elementy jest to film, którego pominąć w tego typu zestawieniu nie można.
Trzeci z omawianych przeze mnie
obrazów, Furman śmierci (znany też
jako Woźnica śmierci czy Wózek widmo), jakkolwiek nie należy do
przedstawicieli niemieckiego ekspresjonizmu, ale do szwedzkiej szkoły filmowej,
pod pewnymi względami przypomina dzieło Langa. Poza śmiercią w tytule, oba
filmy łączy w pewien sposób strona wizualna, ukazująca przy pomocy nowatorskich
jak na owe czasy efektów specjalnych, budzący lęk świat umarłych. Podobnie jak
w Zmęczonej śmierci, tu też oglądamy niesamowite obrazy dusz
opuszczających ciała, przenoszonych do wieczności przez tytułowego
Furmana, a także inne fantastyczne sceny
związane z jego pozaziemską działalnością. Co ważne, stosowane efekty specjalne
nie są tu jedynie technicznymi sztuczkami (których ojcem był aktor teatralny,
magik i reżyser Georges Méliès) mającymi
służyć wyłącznie zaskoczeniu widza, lecz istotnymi elementami opowieści,
tworzącymi wraz z nią spójną i przemyślaną kompozycję.
![]() |
| Furman śmierci |
Narracja, poprowadzona z pomocą
licznych retrospekcji, przedstawia nie tylko motyw winy i poniesionej za nią
kary, lecz także stanowi swego rodzaju krytykę zimnego i obojętnego
społeczeństwa, doprowadzającego pozbawione ochrony jednostki do destrukcji
siebie samych siebie, a także swych najbliższych.
Otrzymujemy zatem kolejną starannie
zrealizowaną i nowatorską technicznie przypowieść, nie będącą może horrorem w
ścisłym tego słowa znaczeniu, ale zawierającą istotne dla gatunku elementy i
mającą znaczący wpływ na światową kinematografię.
Inne: Doktor
Mabuse Fritza Langa, Upiór w operze
Ruperta Juliana i Lona Chaney’a, Doktor
Jekyll i Mr Hyde Johna S. Robertsona, Frankenstein
J. Searle Dawley’a, L’Inferno Francesco Bertoliniego, Adolfo Padovana i
Giuseppe de Liguoro, Dzwonnik z Notre
Dame Wallace’a Worsley’a, Cienie Arthura Robisona, Szalony Paź Teinosuke Kinugasa
Subskrybuj:
Posty (Atom)










.jpg)







