Hej,hej!
Wiem,wiem. Dawno mnie tu nie było. Ale dużo się działo. Jutro wyjeżdżam i zostawiam Was z nową recenzją, napisaną, ot tak, na szybko. Miłych wakacji! Buziaki!
Enjoy reading!
„Alicja
w krainie czarów” – zmierzch ery Burtona
Tim Burton – niegdysiejszy twórca
ekstrawaganckich i ekscentrycznych, a jednocześnie magicznych i
niepowtarzalnych filmowych widowisk jak „Edward Nożycoręki”, „Duża ryba”, czy
„Gnijąca panna młoda” od kilku lat rozczarowuje swoich fanów. Najpierw przyszła
nieudana próba odczytania na nowo klasycznej opowieści Lewisa Carrolla,
ostatnio równie nieudane „Mroczne cienie”.
O czym właściwie jest „Alicja w krainie czarów”
– film nierozłącznego duetu Burton i Depp i czy warto poświęcić chwilę lub
dwie, żeby go obejrzeć?

Burton uważany jest za wizjonera kina, twórcę wyjątkowego.
Kolejne pokolenia młodych kinomanów zdają się być oczarowane mocą wyobraźni
niepokornego reżysera. Burton tworzy dla wszystkich, niezależnie od wieku,
każdemu ofiarowując coś innego.
Najmłodszym – dreszczyk grozy, którego nie znajdą w innych produkcjach.
Starszym – wizualno-estetyczne spełnienie.
Skąd Burton czerpie pomysły na tworzenie tak
magiczno-fantastycznych światów? Sam nigdy nie przyzna, na czym się wzorował .
Jednak wprawne oko rozpozna niektóre inspiracje, jak chociażby czerpanie
garściami z mistrza powieści grozy - Edgara Allana Poe. Fascynację wielobarwnym
meksykańskim Dniem Zmarłych. Kiczowatym amerykańskim Halloween. Klasycznymi
baśniami i bajkami (m.in. rosyjskimi), czy starymi horrorami. Burton jednak
ostatnio rozczarowuje. Kryzys twórczy? Może. Daleko mu do formy, jaką
prezentował podczas premier swoich najlepszych filmów.
„Alicja w krainie
czarów” jest nieudaną próbą przełamania sztampowych, cukierkowo-lukrowych,
disneyowskich adaptacji prozy Lewisa Carrolla. Miała być ciągiem dalszym
opowieści angielskiego pisarza, uważana jest za swoistą kapitulację zarówno
Burtona, jak i jego wiernego aktorskiego giermka – Deppa (tu w roli Szalonego
Kapelusznika). Widz może poczuć się
oszukany, oglądając film. Od początku wie, jak się to wszystko skończy, nie
martwi się o wynik, przed seansem wie tyle samo, co po nim. Temu wszystkiemu
towarzyszą umiarkowane, letnie emocje. Nie ma za bardzo kiedy się wzruszyć,
kiedy pośmiać i kiedy zadrżeć ze strachu. Wszystko jest miałkie i nijakie.
Jednego jednak nie można „Alicji…” odmówić. Jest piękna wizualnie. Od strony
plastycznej – bez zarzutu. Szkoda, że tylko od tej.

Być może kolejne projekcje burtonowskiej wyobraźni znów
będzie można określić mianem surrealistycznych, groźnych, cudowno-pięknych
snów. A nie tylko ich namiastką, jak to się dzieje w przypadku „Alicji…”. Okaże
się już wkrótce.
Do przeczytania (nie tak) wkrótce
Amandine