Dzisiaj mam dla Was trochę większy, obszerniejszy tekst - artykuł o twórczości mistrza polskiej animacji. Coś do poczytania raczej przy drugim daniu, niż przy zupie, jak zazwyczaj. Enjoy!
1976, Białystok. Mroźna
styczniowa noc. W jednym z miejskich szpitali przychodzi na świat dziecko. Nikt
jeszcze nie wie, że dziecko to zostanie wkrótce uznane za geniusza. Dziecko z
kolei nie wie, że oczaruje je świat komputerów oraz możliwości, które on
stwarza. Nie wie też, że zostanie najsłynniejszym polskim animatorem.
Animowanym geniuszem. Graficznym guru. Dziecko nie zauważa nawet, kiedy
przestaje być po prostu „dzieckiem” i staje się „Tomaszem, Tomkiem,
Tomaszkiem”. Tomasz to na cześć Tomasza Manna, Woodrowa Wilsona, Mertona,
wujka, dziadka albo sąsiada. Nazwisko – standardowo, po tacie – Bagiński.
1997. Dziecko
przestało być już dawno dzieckiem, przestało być nawet „Tomciem i Tomaszkiem”.
Dziecka po prostu nie ma. Jest tylko Tomasz, który rzucił studia
architektoniczne, bo zakochał się w filmie i tym postanowił się zająć. Tomasz
tworzy swoją pierwszą etiudę. Powstaje „Rain”,
który zdobywa parę nagród oraz uznanie i staje się przepustką do dalszej,
większej kariery. Akcja tego krótkiego filmu rozgrywa
się w przyszłości, na Ziemi zniszczonej przez globalne ocieplenie, gdzie
ludzie, aby poczuć deszcz, muszą się podłączyć do wirtualnej rzeczywistości...Film
przychodzi i odchodzi. Myśli Tomasza zaprzątają już nowe projekty. Tomasz
nie próżnuje. Wymyśla, pisze, czyta, inspiruje się, szuka pomysłów.
2002. Tomasz
tworzy swoje najsłynniejsze dzieło. Powstaje „Katedra”. Obraz, zainspirowany Dukajem, opowiada
historię pielgrzyma zwiedzającego tajemniczą budowlę (przypominającą trochę
katedrę Sagrada de Familia autorstwa Gaudiego). Wraz z nim w absolutnej ciszy
przemierzamy korytarze, kontemplujemy motywy zdobiące ściany, szukamy sensu. Wkrótce
zaczynamy podejrzewać, że to nie jest zwykła budowla. Chcemy krzyknąć: „Uciekaj
stamtąd!”, jakby to mogło coś zmienić. A przecież wiemy, a raczej bardziej
czujemy, że stanie się nieuniknione. I nic nie możemy na to poradzić. Co
najwyżej snuć wnioski. Na przyszłość.
Obraz powstawał aż trzy lata, mimo że trwa tylko siedem
minut. Efekty tomaszowego poświęcenia widać w niezwykłej plastycznej precyzji oraz
doskonałym zgraniu obrazu i dźwięku. To wszystko zostaje docenione tam, na
górze. Wraz z „Katedrą” przychodzi nominacja do Oscara, a wraz z nią sława i
uznanie. Wszyscy nagle chcą być przyjaciółmi Tomasza, wszyscy wiedzą wszystko o
jego sztuce, wszyscy ją rozumieją . Tomaszowi ciężko odnaleźć się w nowej sytuacji.
Postanawia po prostu robić swoje.
2004. „Sztuka
spadania”. Tomasz zwiększa tempo. I już rok po „Katedrze” wypuszcza w eter
nowe dzieło. Niesamowite, wieloznaczne i przejmujące. Może nawet lepsze niż wcześniejsza,
osławiona prawie-oscarowa animacja. Z pewnością - inne. Tomasz traktuje temat opowieści
surrealistycznie, posługując się przy tym z werwą czarnym humorem i groteską. Jest
w nim coś skrajnie tarantinowskiego. Zwłaszcza w finałowej scenie tańca, którą
ma się przed oczami na długo po zakończeniu projekcji. „Sztuka spadania” przedstawia
zapomnianą bazę wojskową, gdzie wysyłani są zasłużeni
oficerowie, „których wojsko nie może się jeszcze pozbyć, a którzy w wyniku
wypełnionych misji stracili rozum i kontakt z rzeczywistością” (brzmi znajomo i
bardzo współcześnie, vide Afganistany i Iraki). Tam mogą pielęgnować swoje
dziwactwa. Stary, psychicznie zagubiony Generał tworzy sztukę. Jednak nie na
papierze i nie na płótnie. W inny sposób. Bardziej realistyczny.
2007. „Kinematograf”.
Tomek wyraźnie traci oddech i formę. Po dwóch wybitnych dziełach przychodzi
czas na coś zatrważająco przeciętnego. Oczywiście od strony formalnej jest
nadal dobrze, nawet bardzo – kreacja postaci i ich otoczenia to prawdziwy
animacyjny majstersztyk. Jednak temat i przesłanie są zbyt proste i banalne. Zupełnie
nie Bagińskie. Otóż mamy Francisa, skromnego mieszczanina,
a zarazem - wynalazcę samouka. Pozornie jest szczęśliwy - ma wielki dom, dużo
wolnego czasu i kochającą żonę. Niestety ma też obsesję. Chce stworzyć coś, co
przyćmi wszystko inne. Francis chce zmienić świat, tworzy więc kinematograf. Zapomina
przy tym, że nie da się mieć wszystkiego, a szczęście nie trwa wiecznie.
Oklepane, ale przyjemnie się ogląda.

Do przeczytania wkrótce
Amandine
P.S. Już wkrótce na blogu recenzja "Jesteś Bogiem". Właśnie się wybieram na najnowszy film Leszka Dawida.