Z okazji Halloween, część druga odkryć 28. WFF. Tym razem filmy hiszpańskojęzyczne; kolejny przypadek...?
3. Królewna Śnieżka, reż. Pablo Berger (Hiszpania, Belgia, Francja)

Trzeba też podkreślić, że przyjęta
forma służy tutaj zupełnie innemu celowi – podczas gdy w Artyście chodziło o złożenie hołdu kinu niememu, autor Śnieżki bawi się z dobrze nam znaną
treścią baśni i robi to znakomicie (w której innej Śnieżce znajdziemy krasnoludka-transwestytę i macochę sado-maso? :) )
Jedną z ważniejszych cech filmu Bergera
jest mocne osadzenie historii w hiszpańskiej kulturze; corrida i flamenco stają
się tu istotnymi elementami, mającymi znaczący wpływ na kształt całości.
Dodatkową zaletę Królewny Śnieżki stanowią liczne
nawiązania do uznanych dzieł światowej kinematografii; wprawne oko może podobno
dostrzec ukłon w stronę filmów Bergmana, Buñuela, Saury, Felliniego, a
nawet Wildera.
Podsumowując: przepiękna forma
oraz błyskotliwie zinterpretowana treść czynią z Królewny Śnieżki filmową perełkę, przed którą chylę czoła.
PS. To jedyny z moich faworytów,
który załapał się do pierwszej dziesiątki Plebiscytu Publiczności – niech to
stanowi osobną rekomendację.
4. Diablo, reż. Nicanor Loreti
(Argentyna)
Filmowa jazda bez trzymanki i na
bezdechu, po raz drugi. Opowieść o byłym bokserze, który w ciągu jednego dnia
przyjmuje kilka niespodziewanych wizyt, uruchamiających szaloną lawinę
wydarzeń, powinna przypaść do gustu wielbicielom Quentina Tarantino. W Diablo odnajdujemy bowiem te same
czynniki, które są wyznacznikiem stylu twórcy Pulp Fiction: zabawę konwencją kina akcji, gejzery czarnego humoru
i sceny pełne przemocy, tak dosłownej i przerysowanej, że nie można jej brać na
poważnie. Mam jednak wrażenie, że reżyser Diablo
posuwa się dalej niż Tarantino, a jego film osiąga taki poziom absurdu i kiczu
(zamierzonego), że widzowi nie pozostaje nic innego jak tylko bezsilnie zwijać
się ze śmiechu (Diablo był jedynym
filmem, na którym uśmiałam się do łez).
Gdyby ktoś nie do końca jeszcze
wierzył w mój gust filmowy, i tym razem mogę zapewnić, że film zebrał bardzo
pozytywne opinie wśród innych widzów, a równie żywiołowych reakcji publiczności
(potęgujących jeszcze wrażenie znakomitej zabawy) nie dane mi było widzieć na żadnym innym
seansie.
Na deser wspomnę o jeszcze jednym
filmie, który może nie zrobił na mnie aż tak dużego wrażenia jak omówiona
czwórka, ale również stał się bardzo bliski memu sercu, ze względu na
ponadprzeciętny poziom dziwaczności.
Filmem tym jest Pervertigo, którego autorem jest Jaron Henrie-McCrea; pierwsza amerykańska produkcja w zestawieniu.
Każda z postaci pojawiających się w filmie ma swoje
niecodziennie, nieszablonowe… nazwijmy to hobby. Przykładowo, główny bohater o
imieniu Lloyd, jest nałogowym podglądaczem. To dość nietypowe zajęcie, któremu
oddaje się z pasją i zaangażowaniem, staje się punktem wyjścia intrygi
obfitującej w zaskakujące zwroty akcji, intrygi, której uczestnicy z całą
pewnością odstają od tego, co nazywamy powszechnie „normą społeczną”.
Podobnie jak pozostałe cztery omówione filmy, Pervertigo gwarantuje raczej dobrą
rozrywkę niż duchowe i intelektualne uniesienia, ale czy nie taka jest z
założenia podstawowa rola kina?
Ja jestem pewna jednego: gdyby na nasze ekrany wprowadzano
takie właśnie filmy zamiast mdłych komedii romantycznych czy hollywoodzkich
superprodukcji, praktycznie niczym się od siebie nie różniących, słowo
„rozrywka” niewątpliwie kojarzyłoby się o wiele lepiej niż ma to miejsce teraz.