wtorek, 9 października 2012

"G" Film Mix

Hej!
Korzystając z wolnej chwili, piszę kolejny post. Tym razem litera G i filmy na nią. Dodatkowo kilka mądrości prosto od Forresta Gumpa. Bezcenne.

Życie jest jak pu­dełko cze­kola­dek, nig­dy nie wiesz, co się trafi. 
Na­wet jeżeli jes­teś idiotą, sta­raj się nie być głupi.
Cza­sami po pros­tu bra­kuje kamieni. 
Nas­taw się, że życie da ci w dupę, tyl­ko nie nad­sta­wiaj się zbyt często. 
Większość ludzi, póki ma us­ta zam­knięte, nie spra­wia wrażenia głupków.
Masz większą szansę wyg­rać na lo­terii jeśli ku­pisz los. 



Do przeczytania wkrótce
Amandine

piątek, 5 października 2012

"Jesteś Bogiem" - recenzja

Hej!
Oj, dawno mnie tu nie było. A to wszystko przez początek roku akademickiego (który będzie dla mnie w tym roku jeszcze bardziej pracowity i męczący, ale damy radę!). Dzisiaj pozostawiam Was z recenzją filmu Leszka Dawida "Jestem Bogiem" - wielkiego kinowego hitu ostatnich dni. Trzymajcie się ciepło w ten zimny i deszczowy dzień! Buziaki!



A jak Wam się podobał film?
Do przeczytania wkrótce!
Amandine

środa, 26 września 2012

Twórczość Tomasza Bagińskiego

Madame&monsieur!
Dzisiaj mam dla Was trochę większy, obszerniejszy tekst - artykuł o twórczości mistrza polskiej animacji. Coś do poczytania raczej przy drugim daniu, niż przy zupie, jak zazwyczaj. Enjoy!




1976, Białystok. Mroźna styczniowa noc. W jednym z miejskich szpitali przychodzi na świat dziecko. Nikt jeszcze nie wie, że dziecko to zostanie wkrótce uznane za geniusza. Dziecko z kolei nie wie, że oczaruje je świat komputerów oraz możliwości, które on stwarza. Nie wie też, że zostanie najsłynniejszym polskim animatorem. Animowanym geniuszem. Graficznym guru. Dziecko nie zauważa nawet, kiedy przestaje być po prostu „dzieckiem” i staje się „Tomaszem, Tomkiem, Tomaszkiem”. Tomasz to na cześć Tomasza Manna, Woodrowa Wilsona, Mertona, wujka, dziadka albo sąsiada. Nazwisko – standardowo, po tacie – Bagiński.

 1997. Dziecko przestało być już dawno dzieckiem, przestało być nawet „Tomciem i Tomaszkiem”. Dziecka po prostu nie ma. Jest tylko Tomasz, który rzucił studia architektoniczne, bo zakochał się w filmie i tym postanowił się zająć. Tomasz tworzy swoją pierwszą etiudę. Powstaje „Rain”, który zdobywa parę nagród oraz uznanie i staje się przepustką do dalszej, większej kariery. Akcja tego krótkiego filmu rozgrywa się w przyszłości, na Ziemi zniszczonej przez globalne ocieplenie, gdzie ludzie, aby poczuć deszcz, muszą się podłączyć do wirtualnej rzeczywistości...Film przychodzi i odchodzi. Myśli Tomasza zaprzątają już nowe projekty. Tomasz nie próżnuje. Wymyśla, pisze, czyta, inspiruje się, szuka pomysłów.

2002. Tomasz tworzy swoje najsłynniejsze dzieło. Powstaje „Katedra”. Obraz, zainspirowany Dukajem, opowiada historię pielgrzyma zwiedzającego tajemniczą budowlę (przypominającą trochę katedrę Sagrada de Familia autorstwa Gaudiego). Wraz z nim w absolutnej ciszy przemierzamy korytarze, kontemplujemy motywy zdobiące ściany, szukamy sensu. Wkrótce zaczynamy podejrzewać, że to nie jest zwykła budowla. Chcemy krzyknąć: „Uciekaj stamtąd!”, jakby to mogło coś zmienić. A przecież wiemy, a raczej bardziej czujemy, że stanie się nieuniknione. I nic nie możemy na to poradzić. Co najwyżej snuć wnioski. Na przyszłość.
Obraz powstawał aż trzy lata, mimo że trwa tylko siedem minut. Efekty tomaszowego poświęcenia widać w niezwykłej plastycznej precyzji oraz doskonałym zgraniu obrazu i dźwięku. To wszystko zostaje docenione tam, na górze. Wraz z „Katedrą” przychodzi nominacja do Oscara, a wraz z nią sława i uznanie. Wszyscy nagle chcą być przyjaciółmi Tomasza, wszyscy wiedzą wszystko o jego sztuce, wszyscy ją rozumieją . Tomaszowi ciężko odnaleźć się w nowej sytuacji. Postanawia po prostu robić swoje. 

2004. „Sztuka spadania”. Tomasz zwiększa tempo. I już rok po „Katedrze” wypuszcza w eter nowe dzieło. Niesamowite, wieloznaczne i przejmujące. Może nawet lepsze niż wcześniejsza, osławiona prawie-oscarowa animacja. Z pewnością - inne. Tomasz traktuje temat opowieści surrealistycznie, posługując się przy tym z werwą czarnym humorem i groteską. Jest w nim coś skrajnie tarantinowskiego. Zwłaszcza w finałowej scenie tańca, którą ma się przed oczami na długo po zakończeniu projekcji. „Sztuka spadania” przedstawia zapomnianą bazę wojskową, gdzie wysyłani są zasłużeni oficerowie, „których wojsko nie może się jeszcze pozbyć, a którzy w wyniku wypełnionych misji stracili rozum i kontakt z rzeczywistością” (brzmi znajomo i bardzo współcześnie, vide Afganistany i Iraki). Tam mogą pielęgnować swoje dziwactwa. Stary, psychicznie zagubiony Generał tworzy sztukę. Jednak nie na papierze i nie na płótnie. W inny sposób. Bardziej realistyczny.


2007. „Kinematograf”. Tomek wyraźnie traci oddech i formę. Po dwóch wybitnych dziełach przychodzi czas na coś zatrważająco przeciętnego. Oczywiście od strony formalnej jest nadal dobrze, nawet bardzo – kreacja postaci i ich otoczenia to prawdziwy animacyjny majstersztyk. Jednak temat i przesłanie są zbyt proste i banalne. Zupełnie nie Bagińskie. Otóż mamy Francisa, skromnego mieszczanina, a zarazem - wynalazcę samouka. Pozornie jest szczęśliwy - ma wielki dom, dużo wolnego czasu i kochającą żonę. Niestety ma też obsesję. Chce stworzyć coś, co przyćmi wszystko inne. Francis chce zmienić świat, tworzy więc kinematograf. Zapomina przy tym, że nie da się mieć wszystkiego, a szczęście nie trwa wiecznie. Oklepane, ale przyjemnie się ogląda.


2012. Tomek tworzy kolejne projekty, zamówienia (sygnuje swoim nazwiskiem między innymi „Animowaną historię Polski” na targi w Szanghaju)i przymierza się do zawładnięcia pełnym metrażem. Warsztatowo jest coraz lepiej, ale brakuje dawnego Tomka – surowego, z niesamowitymi, nietuzinkowymi pomysłami, tajemniczego. Czy wróci? Czas pokaże.



Do przeczytania wkrótce
Amandine

P.S. Już wkrótce na blogu recenzja "Jesteś Bogiem". Właśnie się wybieram na najnowszy film Leszka Dawida.

poniedziałek, 24 września 2012

"F" film mix

Hej!
Dawno mnie tu nie było. To wszystko przez moje lenistwo (i katar, to z pewnością wina kataru. I kaszlu). Napisałabym coś, ale zwyczajnie mi się nie chce. Zostawiam Was więc z filmowym, efowym mixem. Zabawa w filmowe puzzle to jedyne na co mnie ostatnio stać. Enjoy!






Jeden film powtarza się dwa razy (nieprzypadkowo). Wiecie jaki?

Eskalacja mojego dzisiejszego lenistwa wygląda tak (jedno zdjęcie + jeden cytat = to-wszystko-na-co-mnie-stać):



Śmiech jest dla duszy tym sa­mym, czym tlen dla płuc. - Louis de Funes 




Do przeczytania wkrótce
Amandine

P.S. Muszę wziąć się w garść. Macie jakieś dobre sposoby na zwiększenie motywacji?
 

środa, 19 września 2012

"Karmel" - recenzja



Okrzyknięto ją Woodym Allenem w spódnicy, jej filmy zaś najlepszymi kobiecymi portretami od czasów szczytowej formy Almodovara. Nadine Labaki. Gwiazda libańskiego kina i zarazem jedna z niewielu uznanych kobiet-reżyserów. Jej „Karmel” zarówno wzrusza, jak i śmieszy. Skłania do refleksji i do przyjrzenia się swojemu życiu. Uczy jak cieszyć się tym, co zsyła nam los, jak przyjmować  to, co zaoferuje nam życie lub jak to, co przynosi odrzucać.
„Karmel” to opowieść o pięciu kobietach w różnym wieku, z różnymi problemami, różną przeszłością i różną przyszłością. Layala ma romans z żonatym mężczyzną, Nisrine – narzeczonego, który nie wie, że nie jest już dziewicą. Jamale ma marzenia - próbuje oszukać czas i chce zostać aktorką. Rima ma tajemnicę, a Rose – opóźnioną w rozwoju siostrę, którą się opiekuje. Dzieli je prawie wszystko. Łączy -przyjaźń oraz salon kosmetyczny. Jest w nim miejsce na pogawędki i żarty o seksie oraz problemach z mężczyznami, ale także na osobiste rozmowy o religii, niełatwych relacjach z bliskimi, starzeniu się, wierności. Słowem o poważnych problemach. 

„Karmel” to opowieść stosunkowo prosta w swojej formie i przesłaniu, teoretycznie nieodkrywająca niczego nowego, a jednak mająca w sobie pewną moc i magię, która sprawia, że nie sposób oderwać się od ekranu, z którego wprost emanuje ciepłem. Siłą "Karmelu" jest nie to, co się opowiada, ale jak to się robi. A robi się mistrzowsko.
Film Labaki potrafi w swoich prostych, uroczych i barwnych historiach przemycać także mroczniejszą stronę życia – smutek, wątpliwości, cierpienie, odrzucenie. Mimo, że film wyprodukowany w Libanie i osadzony w libańskich realiach może wydawać się nam nieco egzotyczny i odległy, to obraz Labaki taki nie jest. Ukazuje te same problemy – między innymi homoseksualizm, podporządkowanie się rodzinie i tradycji, zdradę – co obrazy topowych europejskich twórców.


Fabuła przemawia do kobiet i ich wrażliwości, niezależnie od wyznawanej wiary, wieku, czy kraju. Jest niebywale bliska i prawdziwa.  Dlatego też ma działanie wręcz terapeutyczne, lepsze niż niejedna komedia romantyczna. Po tym filmie ma się spokojne i słodkie sny. Sny o cieple i karmelu.
Labaki niezachwianie wierzy w kino i w filmy,  które mogą wiele zmienić i wiele naprawić. Potwierdza to nie tylko w fantastycznym „Karmelu”, ale także w swoim najnowszym obrazie, entuzjastycznie przyjętym przez canneńskie środowisko „Dokąd teraz?”.




Do przeczytania wkrótce
Amandine


P.S. Polecam Wam też obiecaną niespodziankę. Od teraz będę współtworzyć jeszcze jednego bloga, też o tematyce filmowej, ale w trochę innej - lżejszej formie. Zapraszam tu.