środa, 13 lutego 2013

Dla amatorów kina grozy. Odcinek 1 - horror niemy.


Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł poświęcony najpopularniejszym podgatunkom horroru, zamieszczony na blogu Cat In The Well (link do artykułu: http://catinthewell.pl/3434/najbardziej-popularne-podgatunki-kina-grozy/).

Jako że horror jest dla mnie jednym z bardziej interesujących gatunków, pozostawiającym dużo miejsca dla wyobraźni, postanowiłam przyjrzeć się bliżej wymienionym podgatunkom. Okazało się, że opisy niektórych z nich nie zawierają wielu ciekawych tytułów, o których należałoby wspomnieć (możliwe, że celem artykułu było nakreślenie ogólnego zarysu poszczególnych podgatunków, a nie wdawanie się w głębsze szczegóły i zarzucanie czytelnika lawiną filmów).

W każdym razie, wpis ten stał się punktem wyjścia oraz bezpośrednią inspiracją dla poniższego tekstu, w którym zamierzam poświęcić kilka (albo kilkanaście) zdań wybranym przez siebie tytułom należącym do poszczególnych podgatunków. Niektóre z nich, jak cannibal movies, torture porn, nazi exploitation czy snuff movies, są dla mnie zupełnie obce i prawdopodobnie nie będę w stanie godnie zaprezentować żadnego ich przedstawiciela. W innych z kolei – jak gore czy slasher movies – ograniczę się do rzucenia okiem na filmy już wymienione na blogu Cat In The Well. Są też jednak takie podgatunki – horror psychologiczny, horror sci-fi, atmospheric horror, giallo czy horror azjatycki – w ramach których zetknęłam się z nieco mniej opatrzonymi dziełami i mam nadzieję, że ich przybliżenie zachęci kogoś do seansu.

Zdarzało mi się również oglądać filmy, które niezwykle trudno przyporządkować jednemu konkretnemu podgatunkowi, więc umieszczenie ich w takiej, a nie innej kategorii potraktować należy z przymrużeniem oka.

Poza opisaniem poszczególnych tytułów, w każdym z podgatunków zamieszczę także kategorię „Inne”, zawierającą w większości filmy, których sama jeszcze nie widziałam, ale o których wiem wystarczająco wiele, by uznać je za warte zainteresowania i polecenia.

Na koniec jedno słowo odnośnie tytułu mojej epopei.  Nieprzypadkowo znalazło się w nim słowo „amator”; ma ono bowiem dwojakie znaczenie: odnosi się do miłośnika danej dziedziny albo do osoby zajmującej się czymś niezawodowo, hobbistycznie. Słowo „amator” najlepiej zatem oddaje mój status – osoby lubiącej horrory i oglądającej ich wystarczająco dużo, by móc zarekomendować coś interesującego i nie opisywanego na każdym możliwym portalu filmowym , ale jednocześnie nie pretendującej do miana wielkiego znawcy, który dla każdego podgatunku potrafiłby wymienić ze sto godnych polecenia propozycji.  Choć aż takim pasjonatem kina grozy nie jestem, liczę na to, że moje zestawienie podsunie innym amatorom gatunku kilka ciekawych i, być może, nie każdemu znanych pomysłów.

 
Horror niemy
Mimo iż główną inspiracją dla tego tekstu jest blog Cat In The Well, zacznę od kategorii stworzonej przez siebie, czyli Horroru niemego. Co prawda, podgatunek jako taki zapewne nie istnieje, ale nie wyobrażam sobie pisania o kinie grozy bez sięgnięcia do jego początków.

Jedną z pierwszych produkcji, zawierającą  elementy charakterystyczne dla gatunku, choć nie będącą stricte horrorem, był krótkometrażowy The Sealed Room Davida W. Griffitha, znanego bardziej dzięki Narodzinom narodu czy Nietolerancji, które z horrorem niewiele mają wspólnego (są to raczej historyczne epopeje). Jednakże The Sealed Room, nawiązujący zresztą do Beczki Amontillado, czyli opowiadania mistrza grozy, samego Edgara Allana Poe, ze względu na swoją makabryczną scenę końcową, zasługuje na to, by zostać wymienionym wśród najwcześniejszych dzieł gatunku.

W kolejnych latach powstawały dalsze produkcje, które można zaliczyć do niezwykle pojemnej kategorii niemego filmu grozy, często zbliżające się do innych niż horror gatunków, takich jak thriller czy kryminał (Ten, którego biją po twarzy Victora Sjöströma, Wampiry, Fantomas oraz Judex Louisa Feuillade) bądź fantasy (Zmęczona śmierć Fritza Langa, Furman śmierci Victora Sjöströma).

Pojawiali się również twórcy, o których pamiętamy w pierwszej kolejności dzięki filmom grozy. Do najważniejszych z nich należą: Robert Wiene (Gabinet Doktora Caligari, Ręce Orlaka, Genuine), F.W. Murnau (Nosferatu – symfonia grozy, Faust, Zamek Vogelod), Paul Wegener (Student z Pragi, Golem), Paul Leni (Człowiek, który się śmieje, Gabinet figur woskowych, Kot i kanarek, Ostrzegam!), Benjamin Christensen (Czarownice, House of Horror),  Tod Browning (Demon cyrku, Londyn po północy), słynący jednak raczej ze swych horrorów epoki dźwiękowej, czyli Draculi i Dziwolągów, czy wspominani już wcześniej Victor Sjöström i Louis Feuillade. Swoich sił w horrorze próbowali także uznani reżyserzy innych gatunków, tacy jak Ernst Lubitsch (Oczy mumii Ma) oraz Jakow Protazanow (Dama pikowa).

Filmami, którym chcę przyjrzeć się bliżej są natomiast Gabinet doktora Caligari , Zmęczona śmierć i Furman śmierci.

 
Gabinet doktora Caligari
 
Gabinet doktora Caligari Roberta Wiene należy uznać za istotny z dwóch powodów. Przede wszystkim, dzięki sukcesowi, jaki odniósł m.in. w USA i Francji, (które po wydarzeniach I wojny światowej miały raczej niechętny stosunek wobec niemieckich produkcji), umożliwił rozwój nurtu znanego dziś jako niemiecki ekspresjonizm (inni znaczący twórcy nurtu to Paul Wegener, Fritz Lang i Friedrich Murnau). Sam film, opierając w głównej mierze na inscenizacji i stylizacji, wygląda w rzeczywistości jak ruchomy ekspresjonistyczny obraz, pozostając tym samym sztandarowym i najbardziej znanym przykładem nurtu.

Po drugie, jest to jeden z nielicznych widzianych przeze mnie filmów, w których tak ogromną rolę odgrywa scenografia.  Stworzyli ją malarze związani z grupą „Der Sturm” , czyli Hermann Warm, Walter Rohrig i Walter Reinmann, i to właśnie ona jest głównym znakiem rozpoznawczym Gabinetu oraz elementem, który mimo upływu już niemal stu lat, w dalszym ciągu zachwyca i zdumiewa nawet współczesnych widzów, przyzwyczajonych przecież do coraz bardziej imponujących efektów specjalnych i technicznych sztuczek.  

Gabinet doktora Caligari
Niezwykle mocne kontrasty, zdeformowane oraz wyolbrzymione kształty, silnie ucharakteryzowani  aktorzy poruszający się w specyficzny sposób, a także praca kamery, pozostającej nieruchomą na środku sceny, gdzie pokazywane były dekoracje – wszystko to tworzy niepowtarzalny obraz umysłu szaleńca, będącego głównym bohaterem filmu.

Samą historię obłąkanego doktora również można uznać za pionierską i inspirującą dla przyszłych pokoleń twórców kina grozy, takich jak Tod Browning (Dracula, Dziwolągi) czy James Whale (Frankenstein).

 
 
Na Gabinecie doktora Caligari ekspresjonizm niemiecki się jednak nie kończy. Innym interesującym przedstawicielem nurtu jest  wspominany wcześniej Fritz Lang i jego, nieco może zapomniana,  Zmęczona śmierć.
 
Zmęczona śmierć
 

Film przedstawia historię młodej dziewczyny, której narzeczony zostaje zabrany przez tajemniczego wędrowca, niedawno przybyłego do miasteczka, do którego zawitała również para zakochanych. Tym wędrowcem jest oczywiście Śmierć. Daje ona dziewczynie do wykonania pewne zadanie, którego powodzenie ma zagwarantować powrót ukochanego z zaświatów.

Lang prowadzi rozważania na temat nieuchronności śmierci i tego, co dzieje się z tymi, po których wyciąga ona swą nieubłaganą dłoń (czy może raczej kosę). Jest to temat od wieków frapujący artystów (a właściwie całą ludzkość ;)), znajdujący swoje odbicie również w kinie (najsłynniejszy chyba przykład to Siódma pieczęć Ingmara Bergmana).

Mimo swego ponurego, mało ludzkiego oblicza, Śmierć wykreowana przez Langa w mniejszym stopniu budzi strach, co pewnego rodzaju współczucie. Ma ona postać melancholijnego, znużonego swym zajęciem mężczyzny, który sam zdaje się mieć ochotę na odmianę losów śmiertelników i , co za tym idzie, również siebie samego.
Bernhard Goetzke w Zmęczonej śmierci
 

Co istotne, równie znaczącą rolę jak śmierć rolę pełni w obrazie Langa miłość i związane z nią poświęcenie, którego uosobieniem jest młoda narzeczona. Stanowi to nawiązanie do tradycji niemieckiego romantyzmu, znanego nam chociażby z utworów Goethego .

Ekspresjonizm w Zmęczonej śmierci przejawia się natomiast nieco inaczej niż miało to miejsce w Gabinecie doktora Caligari. Zamiast mocnej inscenizacji i stylizacji otrzymujemy subtelną grę świateł i zapadające w pamięć obrazy dusz, które opuściły ciała, czy białego konia biegnącego po niebie - pierwowzór dzisiejszych efektów specjalnych, które – biorąc pod uwagę fakt, że film powstał w 1921 roku – robią w dalszym ciągu duże wrażenie. Istotnym elementem ekspresjonistycznym jest także krytyka kapitalizmu, który ucieleśniają chciwe i przyziemne postacie burmistrza czy urzędnika, oraz umiejscowienie części akcji na Dalekim Wschodzie, stanowiącym dla ekspresjonistów kolebkę ludzkości.

Mimo iż Zmęczoną śmierć należy traktować raczej jako rodzaj poetyckiej przypowieści niż stricte kino grozy, to jednak ze względu na wymienione wyżej elementy jest to film, którego pominąć w tego typu zestawieniu nie można.

Trzeci z omawianych przeze mnie obrazów, Furman śmierci (znany też jako Woźnica śmierci czy Wózek widmo), jakkolwiek nie należy do przedstawicieli niemieckiego ekspresjonizmu, ale do szwedzkiej szkoły filmowej, pod pewnymi względami przypomina dzieło Langa. Poza śmiercią w tytule, oba filmy łączy w pewien sposób strona wizualna, ukazująca przy pomocy nowatorskich jak na owe czasy efektów specjalnych, budzący lęk świat umarłych. Podobnie jak w Zmęczonej śmierci, tu też  oglądamy niesamowite obrazy dusz opuszczających ciała, przenoszonych do wieczności przez tytułowego Furmana,  a także inne fantastyczne sceny związane z jego pozaziemską działalnością. Co ważne, stosowane efekty specjalne nie są tu jedynie technicznymi sztuczkami (których ojcem był aktor teatralny, magik i reżyser Georges Méliès) mającymi służyć wyłącznie zaskoczeniu widza, lecz istotnymi elementami opowieści, tworzącymi wraz z nią spójną i przemyślaną kompozycję.
 
Furman śmierci
Sama opowieść koncentruje się na losach degenerata, Davida Holma, który po swojej śmierci w noc sylwestrową,  zostaje zabrany przez upiornego Woźnicę. Podróż, w którą zabiera on Holma, staje się dla tego ostatniego okazją do spojrzenia wstecz na własne życie, pełne krzywd zadanych bliskim osobom.

Narracja, poprowadzona z pomocą licznych retrospekcji, przedstawia nie tylko motyw winy i poniesionej za nią kary, lecz także stanowi swego rodzaju krytykę zimnego i obojętnego społeczeństwa, doprowadzającego pozbawione ochrony jednostki do destrukcji siebie samych siebie, a także swych najbliższych.

Otrzymujemy zatem kolejną starannie zrealizowaną i nowatorską technicznie przypowieść, nie będącą może horrorem w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale zawierającą istotne dla gatunku elementy i mającą znaczący wpływ na światową kinematografię.

Inne:  Doktor Mabuse Fritza Langa, Upiór w operze Ruperta Juliana i Lona Chaney’a, Doktor Jekyll i Mr Hyde Johna S. Robertsona, Frankenstein J. Searle Dawley’a, L’Inferno  Francesco Bertoliniego, Adolfo Padovana i Giuseppe de Liguoro, Dzwonnik z Notre Dame  Wallace’a Worsley’a, Cienie Arthura Robisona, Szalony Paź  Teinosuke Kinugasa 

 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Filmopedia

Zapraszam serdecznie na moją nową stronę na facebooku, gdzie piszę bardziej regularnie (dużo bardziej)! --> Filmopedia

środa, 9 stycznia 2013

"Moonrise Kingdom. Kochankowie z Księżyca" - recenzja


Zaczynamy nowy rok na blogu recenzją najnowszego filmu Wesa Andersona. Widzieliście już? Podobał Wam się? Zapraszamy do komentowania i dyskusji!



Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom

              Wes Anderson dał się poznać jako twórca ekscentrycznych i ekstrawaganckich,  a zarazem magicznych filmowych widowisk jak: „Fantastyczny Pan Lis”, „Podwodne życie ze Stevem Zissou”, „Pociąg do Darjeeling” czy krótkometrażowego „Hotelu Chevalier”. Obecnie raczy nas w kinach swoim nowym dziełem – swoistym peanem na cześć kraju lat dziecinnych. O czym właściwie są „Kochankowie z Księżyca” oraz czy warto poświęcić chwilę lub dwie, żeby ich obejrzeć?


Wes Anderson jest z całą pewnością wizjonerem kina, którego można kochać bądź też nienawidzić, twórcą wyjątkowym, a zarazem niepokornym, który nie boi się wybiegać przed szereg i proponować widzom rzeczy nowych, niezwykłych, zadziwiających, niespotykanych. Stara się czarować mocą swojej niezwykle bogatej wyobraźni, jednocześnie każdemu za pomoc jej imaginacji dostarczając czegoś innego. Najmłodszym – dreszczyk grozy i pierwsze wzruszenia. Starszym – wizualno-estetyczne spełnienie, a jednocześnie nienachalnie zarysowane problemy, nad którymi mogą się pochylić bez obaw o moralnego kaca.
„Kochankowie…” są znakomicie wyreżyserowaną za pomocą bajkowych ujęć i idyllicznej muzyki historią pierwszej miłości Suzy i Sama (w tej roli debiutujący: Kara Hayward oraz Jared Gilman). Ona mieszka wraz z rodzicami i rodzeństwem w nieco fantasmagorycznym domu nad morzem, on jest sierotą, spędzającym wakacje w pobliskim obozie dla skautów. Wszystko dzieje się na małej wyspie o wdzięcznej nazwie New Penzance. Jest rok 1965. Suzy i Sam postanawiają uciec i wyruszyć we wspólną podróż, będącą nie tylko romantycznym wojażem, ale także, a może przede wszystkim, ucieczką od dorosłości rodem z „Piotrusia Pana”. Młodzi bohaterowie nie przewidują, że w pogoń za nimi wyruszą zarówno drużynowy (genialny Edward Norton i jego nogi w krótkich spodenkach) wraz ze zgrają skautów, jak i nieszczęśliwy policjant o wielkim sercu (Bruce Willis) oraz oziębła opieka społeczna (Tilda Swinton).
„Kochankowie…” są wielką inscenizacją, utkaną z misterną precyzją z wielu elementów. Przy tym bawią się konwencją, epatując wręcz sztucznością i umownością.  Jednak pastelowe kolory, krótkie spodenki, futrzane czapki, kiczowate okładki książek, wielkie forty skautów i maleńkie canoe nie rażą, ale ułatwiają nam, widzom, wyobrażenie sobie realiów tamtych czasów, a wręcz pozwalają na cofnięcie się w czasie i dotknięcie tamtej epoki. Film zachwyca genialnie skomponowanymi obrazkami, które jednak nie są tylko slajdami bez treści, ale niosą ze sobą mnóstwo pozytywnej energii, humoru, ciepła i uczuć. Mimo tej cukierkowatości, nie jest to do końca sielankowy utwór,  gdyż jednym z głównych tematów filmu czyni Anderson szczególnie sobie bliskie problemy rodzinne , wyobcowanie, inność i niedopasowanie.
Obraz życia wykreowany przez Andersona w „Kochankach z Księżyca” przypomina pudełko czekoladek, w którym obok tych pysznych, zawsze znajdzie się jakaś, która nam nie zasmakuje i nie będzie do końca pasować. Z całą pewnością jednak, mimo kropel goryczki warto się zagłębić w nowy, wspaniały, sielankowy świat Wesa Andersona.




Do przeczytania (kiedyś tam, bo sesja)
Amandine


P.S. W gratisie moja ulubiona piosenka z tego filmu:



poniedziałek, 31 grudnia 2012

Rok 2012 na ekranach polskich kin



Rok 2012 dobiega końca, portale internetowe, gazety i wszelkie inne media prześcigają się w tworzeniu różnego rodzaju podsumowań, więc i my nie możemy być gorsze, ani bardziej oryginalne ;)
Ja osobiście i tak czuję wewnętrzną potrzebę uporządkowania tego, co w mijającym roku widziałam na ekranach kinowych, więc czemu by nie podzielić się swoimi przemyśleniami z innymi?  :) 



Mój top 11 roku 2012*:


1.      Najwyższy stopień podium przypada zbiorczo filmom WFF-u, o których napisałam już wszystko, co  mogłam, i nie mam do dodania nic poza tym, że umieszczę tu tylko utwory niepokazywane w polskiej dystrybucji kinowej. Będą to zatem: Ace Attorney, Kot do wynajęcia, Diablo, Królewna Śnieżka, Skradzione dzieciństwo, Córka (aczkolwiek jako zwycięzca Grand Prix tegorocznego Sputnika może zostać wprowadzona do kin w nadchodzących miesiącach), Pervertigo oraz, w dalszej kolejności – Gwiazdeczka i Bez entuzjazmu.


 2. Samsara  


Kolejny film z WFF-owego programu, ale pokazywany w kinach, więc traktuję go odrębnie. O nim też naskrobałam już kilka słów przy okazji relacji festiwalowej, więc dorzucę tylko, że jest to potęga kina w najczystszej postaci i najlepszy przykład tego, jakie cuda można uchwycić za pomocą kamery filmowej. Twórca Samsary, Ron Fricke, biorąc przykład z Godfreya Reggio, opowiada swoją historię poprzez ciąg niesamowitych obrazów, a co jak nie obraz (ściślej mówiąc, obraz ruchomy, a więc zawierający w sobie więcej możliwości) stanowi czynnik wyróżniający film spośród innych sztuk?


3. Artysta

O tym utworze napisano już tyle, że zapewne nie będę w stanie stworzyć niczego oryginalnego, ale kilka słów uzasadnienia zamieścić wypada. Wypunktujmy więc, za co należy się Artyście miejsce na podium:

·         Pomysł – niby prosty, a jednak nikt dotąd na niego nie wpadł, a jeżeli nawet wpadł, to nie odniósł sukcesu na taką skalę. Nie wyobrażam sobie również, żeby można było ten sukces powtórzyć. Dodatkowo złożenie hołdu kinu niememu i cofnięcie się w czasie o niemal 100 lat to idea bliska memu sercu.

·         Fakt, że na pomysł ten wpadli Francuzi, a nie Amerykanie :)

·         Wykonanie – perfekcyjne pod każdym względem. Zdjęcia, charakteryzacja aktorów, ich styl gry, stroje, muzyka – wszystko to złożyło się na opowiedzianą z lekkością i wdziękiem, spójną i miłą dla oka całość, która zdradza, że jej twórcy naprawdę lubią kino, co jest dla mnie bardzo ważne. I nie ma znaczenia, że opowiadana historia jest banalna do bólu; tak to właśnie miało wyglądać. 

 
 4. Valhalla: Mroczny wojownik

Mimo że film miał swą światową premierę w 2009 roku, do polskich kin wprowadzono go dopiero w czerwcu 2012; myślę jednak, że gdyby nie wcześniejszy sukces Drive, w ogóle nie zdecydowano by się na jego dystrybucję w Polsce.

Nie mam niestety dostępu do polskiego box office’u obu filmów, ale założę się, że Valhalla nie osiągnął nawet połowy wyniku finansowego Drive.

Przede wszystkim, w obsadzie brakuje tak chwytliwych, „gorących” nazwisk jak Ryan Gosling (choć dla mnie nazwisko Mikkelsen jest dużo większą zachętą).

Nie ulega również wątpliwości, że Valhalla jest filmem dużo trudniejszym w odbiorze; po pierwsze ze względu na niezwykle dosłowne sceny przemocy, o wiele bardziej brutalne i serwowane w większej ilości niż miało to miejsce w Drive. Tam dawka była jeszcze do zaakceptowania dla szerszej widowni, w szczególności dla kobiet zaciągniętych do kina przez swoich partnerów, skuszonych obietnicą szybkiej akcji i jeszcze szybszych samochodów. Valhalla to już jednak inny poziom brutalności i kiepska propozycja dla co wrażliwszych jednostek.

Drugą kwestią, mogącą stanowić problem dla odbiorcy, jest interpretacja filmu. Został on bowiem w dużej mierze oparty na symbolice zaczerpniętej z mitologii germańskiej, z którą zapewne mało kto miał okazję bliżej się zapoznać.

Dlaczego więc umieściłam ten obraz w swoim zestawieniu? Ano dlatego, że dawno nie widziałam na ekranie tak wykreowanego świata, mrocznego i pełnego okrucieństwa, ale na swój sposób pięknego i mistycznego. Valhallę przepełnia metafizyka, co przywodziło mi na myśl – może będzie to bardzo dziwne skojarzenie – Stalkera Andrieja Tarkowskiego. Bardzo intrygująca jest również postać głównego bohatera, milczącego Jednookiego, którego wizje należą do najciekawszych elementów filmu.

Podsumowując, Valhalla: Mroczny wojownik należy do filmów, w które należy raczej się wczuć niż odbierać rozumowo. 


 5. Miłość

Przyznam szczerze, że mimo entuzjastycznych opinii napływających z każdej możliwej strony (od wyróżnień na festiwalach, przez recenzje krytyków po komentarze znajomych – i nie tylko znajomych – na forach i portalach internetowych), byłam dość sceptycznie nastawiona do najnowszego projektu Michaela Hanekego.

Bardzo cenię tego reżysera za bezlitosne i cyniczne podejście do prezentowanych tematów, zwykle trudnych i stanowiących prawdziwą bolączkę ludzkości, dotyczących chociażby natury zła i śmierci (sztandarowym tego przykładem jest w mojej ocenie Funny Games, chyba najbardziej perfidny, przewrotny i okrutny film, jaki widziałam; być może pokuszę się jeszcze kiedyś o szerszą jego analizę).

Tym razem dało się słyszeć głosy, że Miłość różni się od poprzednich filmów Austriaka, głównie ze względu na mniejszy niż zazwyczaj poziom cynizmu.

W rzeczywistości jednak otrzymujemy zestaw typowych dla Hanekego elementów: długie ujęcia szczegółowo przybliżają widzowi coś, co rzadko który filmowiec odważa się przedstawić i coś, czego chyba każdy z nas się boi – starość i wiążący się z nią powolny, bolesny i trudny dla wszystkich proces odchodzenia. Natomiast umieszczenie w podobnych okolicznościach miłości, która  – jak sugeruje tytuł – jest tu mimo wszystko wartością najważniejszą i najsilniejszą, świadczy o tym, że przewrotność reżysera ma się w dalszym ciągu bardzo dobrze. Podobnie jak w przypadku innych filmów Hanekego, seans Miłości nie należy do szczególnie lekkich i przyjemnych. Po raz kolejny jednak austriacki twórca dotyka kwestii tak dla każdego istotnych, i robi to w sposób tak autentyczny, a przy tym wyważony, że trudno go wymazać z pamięci.

  
6. Bogowie ulicy

Kolejna pozycja z WFF-owego repertuaru; dość ograny schemat filmu policyjnego opartego na przyjaźni dwóch głównych bohaterów zyskuje na świeżości dzięki wymieszaniu tradycyjnej narracji z techniką „found footage”, a także dobrze napisanym, naturalnie brzmiącym dialogom i świetnie dobranej obsadzie. Film ogląda się z zainteresowaniem, a chwilami porządnie trzyma w napięciu. Solidne kino.


7. Musimy porozmawiać o Kevinie

Intrygująco nakreślona relacja pomiędzy matką a synem, oparta w dużej mierze na chemii pomiędzy znakomicie obsadzonymi Tildą Swinton i Ezrą Millerem. Duży plus za końcówkę, która wbrew pozorom może zaskoczyć i która z pewnością przemówi do chorej części wyobraźni niektórych widzów (siebie oczywiście do nich zaliczam ;))



 8. Fuck For Forest

Dokumentalny zapis tego, jak wyglądają współcześni hipisi, i w jaki sposób radzą sobie w dzisiejszych realiach. Film daje możliwość refleksji nad tym, jak zmienił się świat od czasów, gdy tego typu grupy tworzyły prawdziwą wspólnotę, i jak bardzo  wyobrażenia owych grup mijają się z faktycznym stanem współczesnej rzeczywistości.
 

 9. Zupełnie inny weekend

Doceniam ten film za to, że bez epatowania różnego rodzaju dewiacjami, do których niezrozumiałą słabość ma kino LGBT, w sposób realistyczny i szczery pokazuje związek homoseksualny, którego – mimo braku tego, co powszechnie nazywa się „happy endem” – niejeden heteryk mógłby pozazdrościć.

 
  
10. Marina Abramović: Artystka obecna

Jeżeli ktoś spodziewa się rzetelnej i skrupulatnie podanej biografii performerki, zawiedzie się. Film skupiony jest bowiem wokół jednego wybranego projektu, realizowanego w MoMA w Nowym Jorku. Jest to jednak projekt tak niezwykły i dający możliwość tak wielu fascynujących obserwacji, że brak owej rzetelnej, suchej biografii zupełnie nie przeszkadza.

 
  
11. Siedmiu psychopatów

Postmodernistyczna zabawa w duchu Tarantino, może nie wnosząca nic nowego czy odkrywczego do języka kina, ale całkiem zgrabna i nie pozwalająca się nudzić nawet na chwilę. Dobra rozrywka.



*z wyjątkiem miejsca 1. tylko filmy wprowadzone do kin w mijającym roku
**seans wielu ciekawych albo przynajmniej głośnych pozycji (m.in. Holy Motors, Mistrz, Frankenweenie, Skyfall, Gangster, Gra, Obława) ciągle przede mną



Jeżeli chodzi o największe rozczarowania 2012, na ten moment ograniczę się do ich wymienienia; jeżeli czas pozwoli, to na dniach pojawi się słówko wyjaśnienia do każdego z nich.

Muszę jeszcze nadmienić, że czołowa trójka to filmy, które uważam za całkiem niezłe, ale które srogo zawiodły pokładane w nich oczekiwania. Pozostałe są po prostu słabe:

1. Róża
2. Moonrise Kingdom
3. Nietykalni
4. Bestie z południowych krain
5. Tango Libre
6. Wstyd
7. Rzeź
8. Code Blue
9. Minister



 To teraz czekam na podsumowanie A., co by nie było tak jednostronnie

piątek, 21 grudnia 2012

"Barbara" - recenzja

Z racji przedświątecznego, grudniowego rozleniwienia już dawno nic nie publikowałam na blogu. Trzeba to było koniecznie zmienić. Przed Wami - najnowsza recenzja. Tym razem przyjrzałam się niemieckiemu kandydatowi do Oscara - "Barbarze". Enjoy!


Barbara : „Tutaj nie można być szczęśliwym”

Niemcy już wielokrotnie przepracowali na ekranie temat komunistycznej przeszłości. Po rewelacyjnym, utrzymanym w komediowej konwencji, „Good Bye, Lenin!” Beckera i wstrząsająco mocnym „Życiu na podsłuchu” von Donnersmarcka przyszła kolej na bardziej kameralną (aczkolwiek już docenioną, między innymi Srebrnym Niedźwiedziem na Berlinale) „Barbarę” w reżyserii Christiana Petzolda. Osobisty dramat został tutaj wpisany w szerszy, historyczny kontekst.
Wschodnie Niemcy, rok 1980. Barbara żyje w świecie, który jej się nie podoba. Przypomina zaszczute zwierzę. Izoluje się, unika ludzi,  ukrywa się w swoim małym, brzydkim mieszkaniu, wyglądając bojaźliwe zza firanki na stojący pod jej oknem samochód z oficerami Stasi. Nie ufa nikomu. Poznajemy ją, kiedy stoi na zakręcie swojego życia. Nie wiemy, co ją za nim czeka. Zresztą, podobnie jak ona sama. W dodatku – jest niezwykle tajemnicza. Powoli, jedna po drugiej, zaczyna odkrywać swoją przeszłość. Dowiadujemy się, że niegdyś pracowała w renomowanej berlińskiej klinice i że została zesłana tu, na prowincję, za karę. Za to, że starała się o paszport i chciała wyjechać – na Zachód – do ziemi obiecanej. Mimo swojej – zdawałoby się żałosnej sytuacji Barbara się nie buntuje. Zdaje się nie mieć na to siły. Jej życie przypomina wegetację, gdyby nie praca, której się oddaje, nie miała by po co żyć. A jednak w tych trudnych chwilach pozostaje dobrym, szlachetnym człowiekiem, który nie sprzedał swoich wartości za paczkę papierosów i pończochy.
Historia Barbary daje możliwość przyjrzenia się z bliska chorobom toczącym niemieckie społeczeństwo tamtych lat. Nieufność, podejrzliwość, oziębłość, a przy tym nieludzkość. Film nie stanowi jednak tylko rozliczenia z przeszłością, wręcz przeciwnie, historia zdaje się być jedynie pretekstem do pokazania osobistego dramatu jednostki w totalitarnym systemie lub, szerzej, jednostki zniewolonej. Obraz ukazuje uniwersalne wartości, problemy, uczucia, odruchy: miłość, gniew, pożądanie, zdradę, poświęcenie, oddanie. Widać to doskonale, gdy na ekranie pojawia się Stella - uciekinierka z obozu pracy. Lekarka traktuje ją nie tylko jako pacjentkę, staje się dla niej kimś znacznie więcej – córką. Barbara dzięki niej i Andre odkrywa, że mogłaby się czuć szczęśliwa nawet po niewłaściwej stronie muru, nawet nie będąc wolną.
Na szczęście Petzold zgrabnie unika czarno-białego podziału postaci. Andre, który donosi na Barbarę wcale nie chce tego robić, chociaż musi. Miejscowy oficer Stasi nie jest bezwzględnym potworem, posiada uczucia, którymi obdarowuje umierającą na raka żonę. Barbarą (w tej roli genialna muza Petzolda – to ich piąty wspólny film – Nina Hoss) targają wątpliwości i sprzeczne uczucia.
Petzold stworzył interesującą opowieść o kobiecie, która stając na rozdrożu, odważnie podejmuje słuszne decyzje i buduje swoje życie od nowa, ucząc się na nowo kochać, ufać, być. Przy tym nie pozwala się odczłowieczyć, stając się tym samym cichą bohaterką tamtych czasów.



Z serdecznymi, świątecznymi pozdrowieniami
Amandine
WESOŁYCH! I idę piec pierniki.