niedziela, 26 maja 2013

Stoker


Jak być może dało się już zauważyć, filmowa forma jest dla mnie kwestią niezwykle istotną, niekiedy pozwalającą przymknąć oko na pozostawiającą sporo do życzenia treść.
W pewnym stopniu tę opozycję między formą a treścią mogę odnieść do goszczącego obecnie na ekranach polskich kin Stokera w reżyserii Park Chan-Wooka.

Muszę przyznać, że dawno w żadnym filmie nie widziałam tak perfekcyjnego, niebywałego wręcz zgrania wszystkich komponentów wspomnianej formy.

Zdjęcia i scenografia są przepiękne, ścieżka dźwiękowa (i nie mówię tylko o muzyce, ale i o dźwiękach jako takich) sprawia wrażenie, jakby stworzono ją  według jakiejś niezawodnej, gwarantującej sukces receptury, sama opowieść została zaś zmontowana w taki sposób, że nieustannie wychodzą na jaw ukryte znaczenia, nadające całości coraz to nowy sens. Film ma kompozycję klamrową, przy czym w finale scena, którą oglądaliśmy na samym początku ma już zupełnie inny wydźwięk, co stanowi najlepszy przykład zabiegu zastosowanego przez reżysera.

W hipnotyzującej, baśniowej scenerii Stokera znakomicie odnaleźli się odtwórcy głównych ról, czyli Mia Wasikowska i Matthew Goode.

Postać grana przez Wasikowską kojarzyła mi się nieco z Wednesday Addams – staroświecki ubiór, długie ciemne włosy otaczające bladą, nieruchomą twarz i niesamowite, mroczne spojrzenie, na którym skoncentrowało się oko kamery (charakterystyczną cechą jest tu filmowanie bohaterki od góry). Tak wyrazista gra oczu zwróciła moją uwagę, jako że jest elementem typowym raczej dla dawnego kina; współczesne zdaje się – niesłusznie! – o niej zapominać.

Zestawienie tego typu dziewczyny z bohaterem Goode’a – eleganckim i czarującym mężczyzną o pozornie niewinnym, ale dziwnie niepokojącym uśmiechu okazało się, dość niespodziewanie, strzałem w dziesiątkę; chemia między nimi była wręcz namacalna.

Idealnym uzupełnieniem osobliwego trójkąta stała się zaś Nicole Kidman, coraz bardziej przypominająca figurę woskową, co jednak w tym akurat filmie zupełnie nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie – doskonale wpasowało się w jego poetykę.

Cała ta wewnętrzna harmonia sprawiła, że film obejrzałam jednym tchem, z zaciekawieniem oczekując na to, co będzie dalej.


Po seansie pozostałam jednak z dziwnym uczuciem, jakbym uczestniczyła w jakimś oszustwie, iluzji. W gruncie rzeczy bowiem intryga sama w sobie okazała się nie być niczym szczególnym czy odkrywczym, poszukiwacze „filmowej głębi” mogą więc poczuć się rozczarowani. Oczywiście, jest kilka wątków, które próbują taką głębię pozorować. Stopniowe odkrywanie samej siebie przez bohaterkę, równoległe z poznawaniem prawdy o swojej rodzinie, czy też relacje dziewczyny z matką - potencjał tych tematów nie został jednak w pełni wykorzystany; pełnią one raczej podrzędną rolę wobec efektownej powłoki.

Ja mimo wszystko jednak doceniam talent Wooka do nabrania (a może ładniej – zaczarowania) widza.

Jego najnowsze dzieło jest dowodem na to, że czasem nie tyle sama historia jest ważna, ile to jak się ją opowie.

poniedziałek, 13 maja 2013

Dla amatorów kina grozy. Odcinek 3 - gore, horror azjatycki.



Gore movies


Kolejny, po slasherze, niespecjalnie lubiany (a może niewystarczająco poznany) przeze mnie podgatunek , w ramach którego mogę wspomnieć tylko o jednym filmie, wymienionym już na blogu Cat In the well.


Chodzi o azjatycki Men Behind The Sun, którego groza wynika przede wszystkim z tego, że oparty został na faktach historycznych.  Obraz ten opowiada o losach jeńców II wojny światowej, trafiających do tytułowej (oryginalny tytuł filmu to Hei tai yang 731) japońskiej Jednostki 731, zwanej też Laboratorium Diabła. Istniejąca oficjalnie jako Naczelne Biuro Zapobiegania Epidemiom i Departament Oczyszczania Wody Armii Kwantuńskiej, służyła w rzeczywistości pracom nad stworzeniem broni biologicznej i chemicznej, oraz przeprowadzaniu eksperymentów paramedycznych.  Badań prowadzonych w tych celach dokonywano na jeńcach wojennych sprowadzanych  przez tzw. Wydział Dostarczania Materiału Ludzkiego. 


Men Behind The Sun nie jest zatem typowym przedstawicielem gore, ogląda się go raczej jak potworny dokument, obrazujący szczegółowo, w jaki sposób eksperymentowano na ludziach, mających nieszczęście trafić do Laboratorium Diabła. Chropowaty realizm filmu, a także dosłowność niektórych scen, połączona ze świadomością uczestniczenia w wydarzeniach, które rozegrały się naprawdę, daje wstrząsający efekt. Jeżeli komuś nerwy nie pozwalają na oglądanie filmów przedstawiających wojnę z europejskiej czy amerykańskiej perspektywy, niech od azjatyckiej lepiej trzyma się z daleka. Po raz kolejny przekonałam się, że w porównaniu z azjatycką „fantazją” nie mamy żadnych szans.




Inne*: Rob Zombie - Dom tysiąca trupów;  Narciso Ibáñez-Serrador – Czy zabiłbyś dziecko?; Lucio Fulci (zwany „ojcem chrzestnym gore”) – Hotel siedmiu bram, Dom przy cmentarzu, Zombi 2, Miasto żywych trupów; David Cronenberg Dreszcze, Potomstwo;  William Lustig Maniak („kwintesencja gore”); John McNaughton – Henry: portret seryjnego mordercy; Joe D’Amato Mroczny instynkt; Lamberto Bava Demony; Jorg Buttgereit - Król śmierci, Schramm; Hisayasu Sato Naga krew; Alexandre Bustillo i Julien Maury – Najście;  Raoul W. Heimrich i Yvonne Wunschel Samobójstwo; Andrea Bianchi – Cmentarz; Don Coscarelli – Fantazm; Ngai Kai Lam – Historia Ricky’ego; Jose Mojica Marins – O północy porwę twą duszę; Herman Yau – Syndrom Eboli



*powyższe tytuły zaczerpnęłam z książki Piotra Sawickiego Odrażające, brudne, złe, w której opisuje on sto wybranych przez siebie pozycji, najlepiej jego zdaniem reprezentujących kino gore, i dające jego różnorodny obraz. Ja spośród owych stu tytułów wybrałam te, które z jakichś powodów mnie zaintrygowały oraz oczywiście te mniej znane (zakładam, że o Martwym złu Raimiego czy trylogii Romero większość słyszała). Pominęłam również te, o których wzmianka znajduje się w źródle mej inspiracji, czyli artykule na Cat In The Well. Lista Sawickiego zawiera rozmaite gałęzie kina gore, m.in. zombie movies, torture  porn czy snuff movies, które na Cat In The Well wymieniono jako odrębne podgatunki.

Zainteresowanych odsyłam do książki Sawickiego, który naprawdę interesująco prezentuje wyselekcjonowane przez siebie filmy. Bardziej leniwym polecam zaś arcyciekawy wywiad z autorem: http://film.org.pl/a/artykul/krwawa-fala-zalewa-kino-10895/



 

Asian horror



Aby nie pokonywać zbyt dużych odległości geograficznych, pozostańmy w Azji.


Kwaidan


Jak już nieraz pisałam, kino azjatyckie kojarzy mi się w pierwszej kolejności z fascynującą odmiennością i niezwykłym, a dla widza z zachodniego kręgu kulturowego często niezrozumiałym czy dziwacznym podejściem do realizowanego tematu. Cechy te zdają się predestynować Azjatów do tworzenia filmów  grozy, a także tłumaczą popularność, jaką cieszą się one również na innych kontynentach  (przy okazji, tłumaczą też skłonność do tworzenia amerykańskich remaków azjatyckich produkcji).



Kwintesencją azjatyckiego kina grozy, opierającego się na tamtejszych legendach i podaniach, jest Kwaidan, czyli opowieści niesamowite Masakiego Kobayashiego.  Film składa się z czterech odrębnych historii o duchach, których literackim pierwowzorem są opowiadania Lafcadio Hearna, podejmujące temat japońskich wierzeń, obyczajów i folkloru.
 

Kwaidan
 

Dzieło Kobayashiego olśniewa wspaniałą stroną wizualną, której poszczególne elementy – zdjęcia, scenografia i kostiumy – świadczą o nieopisanej wręcz wyobraźni twórców, zwłaszcza w Opowieści Drugiej i Trzeciej.
Ogromne wrażenie robi kolorystyka filmu; niewiele jak dotąd widziałam obrazów, w których operowano by kolorami w tak zachwycający sposób (pod tym względem z Kwaidan konkurować mogą filmy Dario Argento, z tym że u Kobayashiego wygląda to poetycko, a nie perwersyjnie).
Specyficzna, raczej oszczędna muzyka stanowi natomiast doskonałe tło dla snutych na ekranie, barwnych historii.

Nie należą one może do szczególnie nieprzewidywalnych i bogatych w nieoczekiwane zwroty akcji, ale niektóre pomysły i rozwiązania mogą zaskoczyć (za przykład niech posłuży chociażby próba ochrony Hoichiego przed duchem w Opowieści Trzeciej, i jej nieoczekiwane skutki). Narracja prowadzona jest w powolnym tempie, które może znużyć współczesnego widza, przyzwyczajonego do gwałtownego montażu i wartko toczącej się akcji, niemniej jednak obrany przez twórców styl snucia opowieści znakomicie współgra z oprawą wizualną, podkreśla ją i tworzy z nią spójną całość.

Istotę i charakter Kwaidan najpełniej oddaje druga część polskiego tytułu; opowieści niesamowite – oto, czym naprawdę jest film Kobayashiego.



Kwaidan


Inne:*  Kobieta-diabeł, Czarny kot -  Kaneto Shindo; Joyû-rei, Chaos  - Hideo Nakata; Puls, SeansKiyoshi Kurosawa; Gidam – bracia Jeong; Forbidden door - Joko Anwar; Jigoku - Nobuo Nakagawa; Oko - Danny Pang, Oxide Pang Chun; Opowieść o dwóch siostrach – Jee-woon Kim (film ten wymieniono na Cat In The Well, ale że naczytałam i nasłuchałam się o nim wiele dobrego, to umieszczam też u siebie)



*żeby nie było wątpliwości, pominęłam tu kilka godnych uwagi filmów nie będących stricte horrorami, ale stanowiących interesującą mieszaninę różnych gatunków, jak np. Chińskie duchy, Battle Royale, Gozu czy Visitor Q.

środa, 10 kwietnia 2013

Spring Breakers

W ramach oddechu od kina grozy (przynajmniej sensu stricto :)), relacja na gorąco z gorącego kinowego hitu ostatnich dni.

Faceci narzekać nie powinni :)




Spring Breakers to najnowsze dzieło Harmony’ego Korine, nominowane do Złotego Lwa na ubiegłorocznym festiwalu w Wenecji, zbierające entuzjastyczne opinie w każdym możliwym medium, o które się otarłam, począwszy od magazynu Film (poziom mojego zaufania – niski), poprzez nieco bardziej zaufane magazyny internetowe, aż po wpisy na blogach, które śledzę i którym ufam w zdecydowanie największym stopniu.

Starałam się jak mogłam, by nie wgłębiać się w te pieśni pochwalne, ale nie zdołałam całkowicie uchronić się przed krzyczącymi nagłówkami czy zajawkami tekstów wyskakującymi znienacka na Facebooku.
Mimo tej wszechobecnej histerii udało mi się – na ile było to możliwe w tych warunkach – nie przeczytać niczyjej opinii na temat filmu, po to by zachować w miarę jasny i świeży pogląd na obiekt owych atakujących mnie zewsząd zachwytów. Nie mogłam jednak przestać zastanawiać się nad ich przyczyną; czy będzie to kolejne niewytłumaczalne zjawisko pokroju wrzawy wokół Nietykalnych?* A może jednak tym razem coś jest na rzeczy?

*naprawdę, nie dostrzegłam w tym filmie nic na tyle niezwykłego, dość przyjemny, ale w gruncie rzeczy przeciętny

Przyznam, że moje dotychczasowe zetknięcie z Harmonym Korine było jednorazowe i nie wspominam go najlepiej. Chodzi o film Dzieciaki, który zaliczam do drażniącego mnie nurtu „silenia się na realizm” (zdaję sobie sprawę, że to pewnie krzywdząca i niesprawiedliwa opinia, ale nic nie mogę na to poradzić – tego typu kino, wbrew jego usilnym staraniom, pozostawia mnie zwykle znużoną i całkowicie obojętną).

Spring Breakers to jednak nieco inna bajka, bajka na miarę naszych czasów. Twór ten przypomina długi, całkiem ciekawie (acz może też trochę irytująco) zmontowany, kolorowy i halucynogenny teledysk, w którym grzeczne swego czasu gwiazdki Disneya starają się zerwać ze swoim cukierkowym wizerunkiem. Towarzyszy im  James Franco, niedawny odtwórca roli ikony hipsterów,  który jako gangster wiodący (nie takie znów) niewinne nastolatki w świat ciemnych interesów i rozpusty, wypada naprawdę znakomicie.

Spring Breakers w mojej ocenie to swego rodzaju test dla widza. Jak potraktuje on to, co widzi na ekranie? Jako przygłupią opowiastkę o wyuzdanych małolatach, przerost formy nad treścią? Jako obraz/ocenę/kpinę z  rzeczywistości współczesnych nastolatków – którą coraz trudniej im oddzielić od tego, co oglądają na ekranie komputera czy telewizora? Jako narkotyczną wizję jednej z głównych bohaterek? A może - co już nieco mniej prawdopodobne - jako wyobrażenie innej, tej która jako pierwsza opuściła rozrywkowe towarzystwo?

Już sam fakt, że film skłonił mnie do postawienia tego rodzaju pytań, nadaje mu pewną wartość.
Nie wiem jeszcze, czy w pełni zasłużył na oklaski, których echo zdołało mnie dosięgnąć przed seansem; żeby to ocenić będę potrzebować trochę więcej czasu.

Z pewnością mogę jednak polecić wycieczkę do kina na ten najbardziej rozreklamowany film ostatnich tygodni, chociażby po to, by przekonać się, na które pytanie  - albo pytania, jako że wiążą się one ze sobą - udzieli się odpowiedzi twierdzącej.

czwartek, 28 marca 2013

Dla amatorów kina grozy. Odcinek 2 - giallo, slasher.



Giallo


W poprzednim tekście, rozpoczynającym moją kilkuodcinkową opowieść o kinie grozy zaznaczyłam, że zamierzam skoncentrować się raczej na poszczególnych filmach niż opisach podgatunków.

Giallo będzie jednak wyjątkiem, gdyż fragment zamieszczony na Cat In The Well potrzebuje skromnego przynajmniej rozwinięcia i dorzucenia kilku niezbędnych informacji.



Ciemności

Sama nazwa „giallo”, w języku polskim oznaczająca po prostu „żółty”, wzięła się od koloru okładek tanich i kiczowatych włoskich powieści kryminalnych oraz thrillerów publikowanych przez wydawnictwo Mondadori począwszy od roku 1929. Filmy nurtu były niczym innym jak ekranizacjami tych właśnie historii, a jego początki datowane są na pierwszą połowę lat 60.



 
 Do głównych cech giallo zaliczyć należy:


  • Stylistykę opartą na perwersyjnej makabrze, której towarzyszy emocjonalna psychoza
  • Znaczącą rolę podświadomości, mającej duży wpływ na losy i działania bohaterów
  • Pewną dawkę ironii i humoru, niekiedy na granicy parodii


Gatunkowo filmy giallo zbliżone były najczęściej do erotycznego kryminału, psychologicznego thrillera lub okultystycznego horroru, w zależności od tego, na jakie elementy - zbrodnię, seks czy też siły nadprzyrodzone – położono nacisk w największym stopniu.   
Sześć kobiet dla mordercy


Ostatnie głośne obrazy giallo powstały na początku lat 80., by potem ustąpić miejsca innym gatunkom; pozostawiły jednak po sobie ślad po dzień dzisiejszy, stanowiąc inspirację dla takich reżyserów jak Tim Burton, Takashi Miike czy – jakżeby inaczej – Quentin Tarantino, a także przyczyniając się do powstania nieco bardziej współczesnego (wywodzącego się z początku lat 70-tych) podgatunku horroru – slashera.





Czołowymi twórcami giallo byli Dario Argento, Lucio Fulci, Umberto Lenzi, Sergio Martino i oczywiście Mario Bava, który filmem Dziewczyna, która wiedziała za dużo zapoczątkował żółtą falę i stał się pionierem całego nurtu.


Ja w swoim tekście skupię się jednak na postaci Dario Argento, z którego filmografią udało mi się zapoznać najlepiej (co nie znaczy, że nie pozostało kilka pozycji do nadrobienia). 


Zacznę od swojego ulubionego filmu, czyli Suspirii, będącej niewątpliwie jednym z najbardziej znanych dzieł giallo. Czerpiąc inspirację z narkotykowych wizji osiemnastowiecznego pisarza Thomasa de Quincey’a (nie mówiąc już o twórczości Bavy -  przede wszystkim filmu Sześć kobiet dla mordercy), Argento stworzył niezwykle nastrojową opowieść o młodej Amerykance przybywającej do Wiednia, by podjąć naukę w starej akademii tańca, w której od samego początku dzieją się dziwne, tajemnicze rzeczy.


Niech kadry mówią same za siebie: Suspiria


Lista zarzutów wobec Suspirii, z którymi  jak dotąd się zetknęłam, jest długa i bardzo urozmaicona. Są tacy, których delikatne oczy razi kiepskie aktorstwo, innym przeszkadza mało wyrafinowana intryga, nie mówiąc już o skandalicznie kiepskim finale. Niektórzy idą zaś o krok dalej, nie widząc w filmach Argento „żadnego przekazu”, ani też „żadnej głębokiej myśli”.


Powyższe zdania piszę rzecz jasna ironicznie, bowiem to nie w tym ma tkwić istota obrazów (nieprzypadkowo używam tu tego słowa) Argento. W mojej ocenie dotyczy to w pierwszej kolejności Suspirii, gdyż to ona najpełniej oddaje to, za co cenię włoskiego twórcę. 


Suspiria
A cenię go za umiejętność perfekcyjnej gry na zmysłach widza, który zostaje wręcz wchłonięty przez to, co widzi na ekranie (swoją drogą, im większy ekran, tym większe ryzyko bycia wchłoniętym ;)). W Suspirii wzrok atakują szokująco intensywne, nasycone kolory (przede wszystkim oślepiająca, wszechogarniająca czerwień), fantazyjna scenografia  (te wzory na ścianach!), surrealistyczne i makabrycznie piękne sceny morderstw, bezlitosne jazdy kamery (najbardziej widoczny wpływ Bavy) czy po prostu pieczołowita dbałość o każdy najdrobniejszy wizualny szczegół (na marginesie dodam, że moja ulubiona scena nie rozgrywa się jednak w barwnej scenerii akademii, i bierze w niej udział niewidomy oraz jego pies). Gwałtu na zmysłach dopełnia natomiast psychodeliczna, niepokojąca muzyka zespołu Goblin, bez której całość robiłaby nieporównywalnie  mniejsze wrażenie. 


Suspiria stanowi pierwszą część tzw. Trylogii matek, na którą składają się ponadto Inferno oraz Matka Łez. Ostatniego utworu jeszcze nie widziałam, ale od razu uprzedzę, że nie jest on ponoć zbyt udany, i polecić można go chyba tylko najbardziej zagorzałym fanom Włocha.


Inferno
Kto jednak da się uwieść Suspirii, powinien zerknąć w następnej kolejności na Inferno, pozostające w duchu pierwszej części trylogii. Mnie osobiście film nieco rozczarował, wydał mi się dosyć wtórny (ZBYT wtórny) wobec słynnej poprzedniczki, ale przyznam, że atmosfera w dalszym ciągu budowana jest umiejętnie, kolorystyka znowu zachwyca (z tej części lepiej zapamiętałam odcienie błękitu i fioletu), podobnie jak muzyka, może nie tak szokująca jak w Suspirii, ale stanowiąca odpowiednie  tło dla całości. 






Ostatnim z horrorów Pana Argento, który zarekomenduję, jest Phenomena. Różni się ona nieco od dwóch wcześniej wymienionych tytułów – przede wszystkim daje się zauważyć brak bijących po oczach kolorów – ale posiada swoje własne niewątpliwe walory. Według mnie (acz zdania w tej kwestii są, jak to często bywa, podzielone) największym z nich jest ciekawie użyta, wyjątkowo szarpiąca nerwy ścieżka dźwiękowa, stworzona po raz kolejny przez grupę Goblin, ale zawierająca także utwory Iron Maiden czy Motorhead, które to połączenie dało w moim odczuciu naprawdę niebanalny efekt.


Nastrój wykreowany przez reżysera tradycyjnie już mnie urzekł, a do tego doszły pewne nieoczekiwane rozwiązania scenariuszowe, których oczywiście nie zdradzę, a dla których warto sięgnąć po ten tytuł. Dodatkową atrakcję może także stanowić udział w tej produkcji młodziutkiej, zaledwie 15-letniej Jennifer Connelly.


Jeżeli jednak horrory autorstwa Dario Argento nie przypadną wam do gustu, można dać szansę jego thrillerom i kryminałom, w których – podobnie jak u Bavy – widać wyraźne inspiracje twórczością Hitchcocka.



Głęboka czerwień
Za najbardziej udany z nich uważam (i nie jestem w tej opinii osamotniona) Głęboką czerwień. Otrzymujemy w niej najbardziej charakterystyczne i najlepiej wychodzące reżyserowi elementy, czyli ociekające makabrą sceny zabójstw, drapieżną kolorystykę i rewelacyjny soundtrack made by – nie inaczej – zespół Goblin. Tym razem dodać do tego należy również zgrabną, wiarygodną i mocno momentami trzymającą w napięciu intrygę, a także całkiem niezłe aktorstwo (w roli głównej znany z Powiększenia  David Hemmings).


Podobnie rzecz ma się w przypadku kolejnego bardzo dobrego thrillera Włocha, czyli Ciemności. Jedyną rzeczą przemawiającą według mnie na niekorzyść tego filmu jest nieco słabszy, mniej wwiercający się w mózg soundtrack; możliwe jednak, że jest on po prostu zbyt dyskretny (jeżeli mogę użyć tego słowa w przypadku twórczości Argento ;)) jak na moje spragnione psychodeli ucho.


Na koniec wspomnieć muszę o tzw. Trylogii zwierzęcej, złożonej z Ptaka o kryształowym upierzeniu, Kota o dziewięciu ogonach i Czterech much na szarym aksamicie. Podobnie jak miało to miejsce z Trylogią matek, Trylogię zwierzęcą najlepiej zacząć od części pierwszej (będącej jednocześnie debiutem reżysera) i najlepszej, czyli Ptaka o kryształowym upierzeniu, i ewentualnie w dalszej kolejności sięgnąć po następne części.


Mnie osobiście Ptak nie oczarował, ale nie oznacza to, że zniechęcam do seansu; tak jak w dwóch wyżej wspomnianych thrillerach/kryminałach, do fabuły raczej nie można mieć większych zastrzeżeń, film może wciągnąć i trzymać w napięciu, a istotną zaletę stanowią ponadto zdjęcia świetnego operatora, Vittorio Storaro, znanego m.in. z Ostatniego tanga w Paryżu czy Czasu apokalipsy.



Podsumowując jednym zdaniem twórczość Dario Argento, horrory jego autorstwa poleciłabym osobom ceniącym niesamowitą atmosferę oraz intensywne, impresjonistyczne doznania wizualne, a przy tym  potrafiącym przymknąć oko na niektóre dosyć naiwne czy niedorzeczne rozwiązania fabularne, thrillery zaś tym, którzy oczekują również nieco bardziej przekonującej, trzymającej w napięciu historii, w której znaczącą rolę odgrywa podświadomość. 


Tak dla odmiany Suspiria


Inne: Mario Bava - La ragazza che sapeva troppo, Sei donne per l'assassino,  Reazione a catena; Umberto Lenzi - Il coltello di ghiaccio , Lucio Fulci - Una sull'altra , Il gatto nero, Una lucertola con la pelle di donna ; La morte ha fatto un uovo Giulio Questiego, Femina Ridens  Piero Schivazappy , Il tuo vizio è una stanza chiusa e solo io ne ho la chiave Sergio Martino, Il dolce corpo di Deborah Romolo Gurerriego, Baba Yaga Corrado Fariny , La tarantola dal ventre nero Paolo Cavary, La casa dalle finestre che ridono Pupiego Avatiego, Opera Dario Argento



Nie mogę się powstrzymać by nie dorzucić na koniec Inferno





Slasher movies


Ponieważ jest to jeden z mniej lubianych przez mnie podgatunków, rewolucyjnych odkryć w jego przypadku nie dokonam ;) Prawdę mówiąc, ograniczę się w tym przypadku do jednego tytułu, wymienionego zresztą przez Cat In The Well.

Tytułem tym jest Krzyk w reżyserii Wesa Cravena, który dzięki umiejętnej żonglerce cytatami z najsłynniejszych horrorów (głównie rzecz jasna slasherów) staje się filmem, który w równej mierze potrafi nastraszyć, jak i rozbawić. A trzeba przyznać, że inteligentne połączenie tych dwóch cech nie jest łatwe, nie tylko w omawianym podgatunku.

Niestety, kolejne części tetralogii  są już o wiele słabsze i nie sprawiają takiej frajdy, jaką odczuwa się oglądając część pierwszą.

Chętnie jednak zapoznam się z ciekawymi tytułami tego podgatunku, więc jeżeli ktoś ma jakieś propozycje, zachęcam do wymienienia ich w komentarzach.

środa, 13 lutego 2013

Dla amatorów kina grozy. Odcinek 1 - horror niemy.


Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł poświęcony najpopularniejszym podgatunkom horroru, zamieszczony na blogu Cat In The Well (link do artykułu: http://catinthewell.pl/3434/najbardziej-popularne-podgatunki-kina-grozy/).

Jako że horror jest dla mnie jednym z bardziej interesujących gatunków, pozostawiającym dużo miejsca dla wyobraźni, postanowiłam przyjrzeć się bliżej wymienionym podgatunkom. Okazało się, że opisy niektórych z nich nie zawierają wielu ciekawych tytułów, o których należałoby wspomnieć (możliwe, że celem artykułu było nakreślenie ogólnego zarysu poszczególnych podgatunków, a nie wdawanie się w głębsze szczegóły i zarzucanie czytelnika lawiną filmów).

W każdym razie, wpis ten stał się punktem wyjścia oraz bezpośrednią inspiracją dla poniższego tekstu, w którym zamierzam poświęcić kilka (albo kilkanaście) zdań wybranym przez siebie tytułom należącym do poszczególnych podgatunków. Niektóre z nich, jak cannibal movies, torture porn, nazi exploitation czy snuff movies, są dla mnie zupełnie obce i prawdopodobnie nie będę w stanie godnie zaprezentować żadnego ich przedstawiciela. W innych z kolei – jak gore czy slasher movies – ograniczę się do rzucenia okiem na filmy już wymienione na blogu Cat In The Well. Są też jednak takie podgatunki – horror psychologiczny, horror sci-fi, atmospheric horror, giallo czy horror azjatycki – w ramach których zetknęłam się z nieco mniej opatrzonymi dziełami i mam nadzieję, że ich przybliżenie zachęci kogoś do seansu.

Zdarzało mi się również oglądać filmy, które niezwykle trudno przyporządkować jednemu konkretnemu podgatunkowi, więc umieszczenie ich w takiej, a nie innej kategorii potraktować należy z przymrużeniem oka.

Poza opisaniem poszczególnych tytułów, w każdym z podgatunków zamieszczę także kategorię „Inne”, zawierającą w większości filmy, których sama jeszcze nie widziałam, ale o których wiem wystarczająco wiele, by uznać je za warte zainteresowania i polecenia.

Na koniec jedno słowo odnośnie tytułu mojej epopei.  Nieprzypadkowo znalazło się w nim słowo „amator”; ma ono bowiem dwojakie znaczenie: odnosi się do miłośnika danej dziedziny albo do osoby zajmującej się czymś niezawodowo, hobbistycznie. Słowo „amator” najlepiej zatem oddaje mój status – osoby lubiącej horrory i oglądającej ich wystarczająco dużo, by móc zarekomendować coś interesującego i nie opisywanego na każdym możliwym portalu filmowym , ale jednocześnie nie pretendującej do miana wielkiego znawcy, który dla każdego podgatunku potrafiłby wymienić ze sto godnych polecenia propozycji.  Choć aż takim pasjonatem kina grozy nie jestem, liczę na to, że moje zestawienie podsunie innym amatorom gatunku kilka ciekawych i, być może, nie każdemu znanych pomysłów.

 
Horror niemy
Mimo iż główną inspiracją dla tego tekstu jest blog Cat In The Well, zacznę od kategorii stworzonej przez siebie, czyli Horroru niemego. Co prawda, podgatunek jako taki zapewne nie istnieje, ale nie wyobrażam sobie pisania o kinie grozy bez sięgnięcia do jego początków.

Jedną z pierwszych produkcji, zawierającą  elementy charakterystyczne dla gatunku, choć nie będącą stricte horrorem, był krótkometrażowy The Sealed Room Davida W. Griffitha, znanego bardziej dzięki Narodzinom narodu czy Nietolerancji, które z horrorem niewiele mają wspólnego (są to raczej historyczne epopeje). Jednakże The Sealed Room, nawiązujący zresztą do Beczki Amontillado, czyli opowiadania mistrza grozy, samego Edgara Allana Poe, ze względu na swoją makabryczną scenę końcową, zasługuje na to, by zostać wymienionym wśród najwcześniejszych dzieł gatunku.

W kolejnych latach powstawały dalsze produkcje, które można zaliczyć do niezwykle pojemnej kategorii niemego filmu grozy, często zbliżające się do innych niż horror gatunków, takich jak thriller czy kryminał (Ten, którego biją po twarzy Victora Sjöströma, Wampiry, Fantomas oraz Judex Louisa Feuillade) bądź fantasy (Zmęczona śmierć Fritza Langa, Furman śmierci Victora Sjöströma).

Pojawiali się również twórcy, o których pamiętamy w pierwszej kolejności dzięki filmom grozy. Do najważniejszych z nich należą: Robert Wiene (Gabinet Doktora Caligari, Ręce Orlaka, Genuine), F.W. Murnau (Nosferatu – symfonia grozy, Faust, Zamek Vogelod), Paul Wegener (Student z Pragi, Golem), Paul Leni (Człowiek, który się śmieje, Gabinet figur woskowych, Kot i kanarek, Ostrzegam!), Benjamin Christensen (Czarownice, House of Horror),  Tod Browning (Demon cyrku, Londyn po północy), słynący jednak raczej ze swych horrorów epoki dźwiękowej, czyli Draculi i Dziwolągów, czy wspominani już wcześniej Victor Sjöström i Louis Feuillade. Swoich sił w horrorze próbowali także uznani reżyserzy innych gatunków, tacy jak Ernst Lubitsch (Oczy mumii Ma) oraz Jakow Protazanow (Dama pikowa).

Filmami, którym chcę przyjrzeć się bliżej są natomiast Gabinet doktora Caligari , Zmęczona śmierć i Furman śmierci.

 
Gabinet doktora Caligari
 
Gabinet doktora Caligari Roberta Wiene należy uznać za istotny z dwóch powodów. Przede wszystkim, dzięki sukcesowi, jaki odniósł m.in. w USA i Francji, (które po wydarzeniach I wojny światowej miały raczej niechętny stosunek wobec niemieckich produkcji), umożliwił rozwój nurtu znanego dziś jako niemiecki ekspresjonizm (inni znaczący twórcy nurtu to Paul Wegener, Fritz Lang i Friedrich Murnau). Sam film, opierając w głównej mierze na inscenizacji i stylizacji, wygląda w rzeczywistości jak ruchomy ekspresjonistyczny obraz, pozostając tym samym sztandarowym i najbardziej znanym przykładem nurtu.

Po drugie, jest to jeden z nielicznych widzianych przeze mnie filmów, w których tak ogromną rolę odgrywa scenografia.  Stworzyli ją malarze związani z grupą „Der Sturm” , czyli Hermann Warm, Walter Rohrig i Walter Reinmann, i to właśnie ona jest głównym znakiem rozpoznawczym Gabinetu oraz elementem, który mimo upływu już niemal stu lat, w dalszym ciągu zachwyca i zdumiewa nawet współczesnych widzów, przyzwyczajonych przecież do coraz bardziej imponujących efektów specjalnych i technicznych sztuczek.  

Gabinet doktora Caligari
Niezwykle mocne kontrasty, zdeformowane oraz wyolbrzymione kształty, silnie ucharakteryzowani  aktorzy poruszający się w specyficzny sposób, a także praca kamery, pozostającej nieruchomą na środku sceny, gdzie pokazywane były dekoracje – wszystko to tworzy niepowtarzalny obraz umysłu szaleńca, będącego głównym bohaterem filmu.

Samą historię obłąkanego doktora również można uznać za pionierską i inspirującą dla przyszłych pokoleń twórców kina grozy, takich jak Tod Browning (Dracula, Dziwolągi) czy James Whale (Frankenstein).

 
 
Na Gabinecie doktora Caligari ekspresjonizm niemiecki się jednak nie kończy. Innym interesującym przedstawicielem nurtu jest  wspominany wcześniej Fritz Lang i jego, nieco może zapomniana,  Zmęczona śmierć.
 
Zmęczona śmierć
 

Film przedstawia historię młodej dziewczyny, której narzeczony zostaje zabrany przez tajemniczego wędrowca, niedawno przybyłego do miasteczka, do którego zawitała również para zakochanych. Tym wędrowcem jest oczywiście Śmierć. Daje ona dziewczynie do wykonania pewne zadanie, którego powodzenie ma zagwarantować powrót ukochanego z zaświatów.

Lang prowadzi rozważania na temat nieuchronności śmierci i tego, co dzieje się z tymi, po których wyciąga ona swą nieubłaganą dłoń (czy może raczej kosę). Jest to temat od wieków frapujący artystów (a właściwie całą ludzkość ;)), znajdujący swoje odbicie również w kinie (najsłynniejszy chyba przykład to Siódma pieczęć Ingmara Bergmana).

Mimo swego ponurego, mało ludzkiego oblicza, Śmierć wykreowana przez Langa w mniejszym stopniu budzi strach, co pewnego rodzaju współczucie. Ma ona postać melancholijnego, znużonego swym zajęciem mężczyzny, który sam zdaje się mieć ochotę na odmianę losów śmiertelników i , co za tym idzie, również siebie samego.
Bernhard Goetzke w Zmęczonej śmierci
 

Co istotne, równie znaczącą rolę jak śmierć rolę pełni w obrazie Langa miłość i związane z nią poświęcenie, którego uosobieniem jest młoda narzeczona. Stanowi to nawiązanie do tradycji niemieckiego romantyzmu, znanego nam chociażby z utworów Goethego .

Ekspresjonizm w Zmęczonej śmierci przejawia się natomiast nieco inaczej niż miało to miejsce w Gabinecie doktora Caligari. Zamiast mocnej inscenizacji i stylizacji otrzymujemy subtelną grę świateł i zapadające w pamięć obrazy dusz, które opuściły ciała, czy białego konia biegnącego po niebie - pierwowzór dzisiejszych efektów specjalnych, które – biorąc pod uwagę fakt, że film powstał w 1921 roku – robią w dalszym ciągu duże wrażenie. Istotnym elementem ekspresjonistycznym jest także krytyka kapitalizmu, który ucieleśniają chciwe i przyziemne postacie burmistrza czy urzędnika, oraz umiejscowienie części akcji na Dalekim Wschodzie, stanowiącym dla ekspresjonistów kolebkę ludzkości.

Mimo iż Zmęczoną śmierć należy traktować raczej jako rodzaj poetyckiej przypowieści niż stricte kino grozy, to jednak ze względu na wymienione wyżej elementy jest to film, którego pominąć w tego typu zestawieniu nie można.

Trzeci z omawianych przeze mnie obrazów, Furman śmierci (znany też jako Woźnica śmierci czy Wózek widmo), jakkolwiek nie należy do przedstawicieli niemieckiego ekspresjonizmu, ale do szwedzkiej szkoły filmowej, pod pewnymi względami przypomina dzieło Langa. Poza śmiercią w tytule, oba filmy łączy w pewien sposób strona wizualna, ukazująca przy pomocy nowatorskich jak na owe czasy efektów specjalnych, budzący lęk świat umarłych. Podobnie jak w Zmęczonej śmierci, tu też  oglądamy niesamowite obrazy dusz opuszczających ciała, przenoszonych do wieczności przez tytułowego Furmana,  a także inne fantastyczne sceny związane z jego pozaziemską działalnością. Co ważne, stosowane efekty specjalne nie są tu jedynie technicznymi sztuczkami (których ojcem był aktor teatralny, magik i reżyser Georges Méliès) mającymi służyć wyłącznie zaskoczeniu widza, lecz istotnymi elementami opowieści, tworzącymi wraz z nią spójną i przemyślaną kompozycję.
 
Furman śmierci
Sama opowieść koncentruje się na losach degenerata, Davida Holma, który po swojej śmierci w noc sylwestrową,  zostaje zabrany przez upiornego Woźnicę. Podróż, w którą zabiera on Holma, staje się dla tego ostatniego okazją do spojrzenia wstecz na własne życie, pełne krzywd zadanych bliskim osobom.

Narracja, poprowadzona z pomocą licznych retrospekcji, przedstawia nie tylko motyw winy i poniesionej za nią kary, lecz także stanowi swego rodzaju krytykę zimnego i obojętnego społeczeństwa, doprowadzającego pozbawione ochrony jednostki do destrukcji siebie samych siebie, a także swych najbliższych.

Otrzymujemy zatem kolejną starannie zrealizowaną i nowatorską technicznie przypowieść, nie będącą może horrorem w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale zawierającą istotne dla gatunku elementy i mającą znaczący wpływ na światową kinematografię.

Inne:  Doktor Mabuse Fritza Langa, Upiór w operze Ruperta Juliana i Lona Chaney’a, Doktor Jekyll i Mr Hyde Johna S. Robertsona, Frankenstein J. Searle Dawley’a, L’Inferno  Francesco Bertoliniego, Adolfo Padovana i Giuseppe de Liguoro, Dzwonnik z Notre Dame  Wallace’a Worsley’a, Cienie Arthura Robisona, Szalony Paź  Teinosuke Kinugasa 

 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Filmopedia

Zapraszam serdecznie na moją nową stronę na facebooku, gdzie piszę bardziej regularnie (dużo bardziej)! --> Filmopedia

środa, 9 stycznia 2013

"Moonrise Kingdom. Kochankowie z Księżyca" - recenzja


Zaczynamy nowy rok na blogu recenzją najnowszego filmu Wesa Andersona. Widzieliście już? Podobał Wam się? Zapraszamy do komentowania i dyskusji!



Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom

              Wes Anderson dał się poznać jako twórca ekscentrycznych i ekstrawaganckich,  a zarazem magicznych filmowych widowisk jak: „Fantastyczny Pan Lis”, „Podwodne życie ze Stevem Zissou”, „Pociąg do Darjeeling” czy krótkometrażowego „Hotelu Chevalier”. Obecnie raczy nas w kinach swoim nowym dziełem – swoistym peanem na cześć kraju lat dziecinnych. O czym właściwie są „Kochankowie z Księżyca” oraz czy warto poświęcić chwilę lub dwie, żeby ich obejrzeć?


Wes Anderson jest z całą pewnością wizjonerem kina, którego można kochać bądź też nienawidzić, twórcą wyjątkowym, a zarazem niepokornym, który nie boi się wybiegać przed szereg i proponować widzom rzeczy nowych, niezwykłych, zadziwiających, niespotykanych. Stara się czarować mocą swojej niezwykle bogatej wyobraźni, jednocześnie każdemu za pomoc jej imaginacji dostarczając czegoś innego. Najmłodszym – dreszczyk grozy i pierwsze wzruszenia. Starszym – wizualno-estetyczne spełnienie, a jednocześnie nienachalnie zarysowane problemy, nad którymi mogą się pochylić bez obaw o moralnego kaca.
„Kochankowie…” są znakomicie wyreżyserowaną za pomocą bajkowych ujęć i idyllicznej muzyki historią pierwszej miłości Suzy i Sama (w tej roli debiutujący: Kara Hayward oraz Jared Gilman). Ona mieszka wraz z rodzicami i rodzeństwem w nieco fantasmagorycznym domu nad morzem, on jest sierotą, spędzającym wakacje w pobliskim obozie dla skautów. Wszystko dzieje się na małej wyspie o wdzięcznej nazwie New Penzance. Jest rok 1965. Suzy i Sam postanawiają uciec i wyruszyć we wspólną podróż, będącą nie tylko romantycznym wojażem, ale także, a może przede wszystkim, ucieczką od dorosłości rodem z „Piotrusia Pana”. Młodzi bohaterowie nie przewidują, że w pogoń za nimi wyruszą zarówno drużynowy (genialny Edward Norton i jego nogi w krótkich spodenkach) wraz ze zgrają skautów, jak i nieszczęśliwy policjant o wielkim sercu (Bruce Willis) oraz oziębła opieka społeczna (Tilda Swinton).
„Kochankowie…” są wielką inscenizacją, utkaną z misterną precyzją z wielu elementów. Przy tym bawią się konwencją, epatując wręcz sztucznością i umownością.  Jednak pastelowe kolory, krótkie spodenki, futrzane czapki, kiczowate okładki książek, wielkie forty skautów i maleńkie canoe nie rażą, ale ułatwiają nam, widzom, wyobrażenie sobie realiów tamtych czasów, a wręcz pozwalają na cofnięcie się w czasie i dotknięcie tamtej epoki. Film zachwyca genialnie skomponowanymi obrazkami, które jednak nie są tylko slajdami bez treści, ale niosą ze sobą mnóstwo pozytywnej energii, humoru, ciepła i uczuć. Mimo tej cukierkowatości, nie jest to do końca sielankowy utwór,  gdyż jednym z głównych tematów filmu czyni Anderson szczególnie sobie bliskie problemy rodzinne , wyobcowanie, inność i niedopasowanie.
Obraz życia wykreowany przez Andersona w „Kochankach z Księżyca” przypomina pudełko czekoladek, w którym obok tych pysznych, zawsze znajdzie się jakaś, która nam nie zasmakuje i nie będzie do końca pasować. Z całą pewnością jednak, mimo kropel goryczki warto się zagłębić w nowy, wspaniały, sielankowy świat Wesa Andersona.




Do przeczytania (kiedyś tam, bo sesja)
Amandine


P.S. W gratisie moja ulubiona piosenka z tego filmu: